Niegrzeczna droga Litzy

14 listopada 2013  By Redakcja Orione


„Iść do Kościoła? Podły żart! Bóg mnie kocha? Chcesz dostać w gębę? Rodzice się rozwiedli, umarło mi dziecko, moje serce to wrak, daj mi święty spokój!“ Na co dzień nie do zniesienia, przeorany depresją, a jednak coś go trzyma na nogach. 

Spotykasz ludzi, którzy przychodzą pociągnięci twoją twórczością, z którą się identyfikują lub która wyraża ich emocje. Wielu z tych ludzi nie widzi jednak sensu życia. Szukają tylko miejsc, gdzie mogą się trochę rozerwać, poczuć coś innego niż szara rzeczywistość. Masz dowód na to, że życie ma sens?
Po pierwsze to, co robimy nie jest muzyką rozrywkową. Wątpię w to, co mówisz, że na nasze koncerty przychodzą ludzie po to, by się rozerwać. Raczej szukają odpowiedzi na pytania.

Skąd to wiesz?
Niezależnie czy na koncert przyjdzie 4 tysiące czy 300 osób, kiedy mówimy między utworami, zawsze jest cisza. Wszyscy słuchają. Trzeba to zobaczyć. Mam takie głębokie przekonanie, że dostajemy aplauz jako wyraz solidarności z tym, co jest śpiewane, poparcie dla tego, o czym jest tekst. Po każdym koncercie mamy dużo rozmów. To jest chyba najtrudniejsza część trasy, bo samo granie jest dla nas czymś przyjemnym i samo się nakręca. Rozmowy natomiast potrafią trwać po dwie, trzy godziny a nawet do rana. Czasem nie mówimy nic – tylko słuchamy. Człowiek zaczyna opowiadać o swoim życiu w kontekście tego, co usłyszał na koncercie i ucieszył się, że nie jest sam na tym świecie z takimi problemami. To jest bardzo trudne, bo potem wracamy do hotelu zmęczeni – smutki tamtych ludzi udzielają się i nam. Nie udajemy, że ich słuchamy, tak jak oni nie udają, gdy przychodzą na koncert.

Myślałem, że znajdę szczęście, gdy jak najwięcej ludzi będzie mnie znało, coś jak dziś na Facebooku: im więcej lajków, tym większy jesteś gościu. Bzdura.

O jakich cierpieniach mówią?
O aborcjach, o zdradach, o zranieniach w relacjach z rodzicami, o sytuacjach na granicy samobójstwa.

Co masz do powiedzenia takim ludziom?
Przede wszystkim ich słucham. To, co mogę powiedzieć, to fakt, że ja osobiście znalazłem ogromną pomoc w miejscu, gdzie się nigdy tej pomocy nie spodziewałem, czyli w Kościele. I nie dam się nabrać na sukces finansowy czy artystyczny, bo w nich odpowiedzi na moje pytania i pomocy nie ma. Pomoc jest na liturgii w naszej małej wspólnocie, w słowie Boga, które ma realną moc. Opowiadam o moim doświadczeniu, nie teoretyzuję, ale mówię o życiu mojej rodziny, braci i jak ktoś jest ciekawy to zapraszam na takie katechezy, które kiedyś mi bardzo pomogły.

Trochę to brzmi jak frazesy. Że Kościół ci pomógł, że katechezy, że słowo Boga ma moc, itd…. A tak konkretnie?
Przyszedłem do Kościoła właściwie z pogaństwa. Nie miałem tradycji, moi rodzice nie mieli sakramentu małżeństwa. O chrzest zabiegała moja babcia z Mysłowic i tam byłem ochrzczony. Potem przyjeżdżała nas odwiedzić do Poznania i chciała mnie widzieć w niedzielę na Mszy. Oprócz tego nie miałem najmniejszej, elementarnej nawet wiedzy na temat wiary. Tak dotrwałem do pierwszej komunii, którą przyjąłem bez żadnej refleksji i tylko dlatego, że wszyscy szli, więc wypadało, żebym i ja poszedł. Ze względu jednak na to, że mój ojciec był oficerem Wojska Polskiego, nie mogłem mieć uroczystości pokomunijnej w naszym mieszkaniu w bloku wojskowym, lecz trzeba było ją przenieść do znajomych. To był też mój ostatni kontakt z lekcjami religii. Byłem w szkole sportowej i wolałem chodzić na treningi niż na lekcje religii. Nie myślałem o Bogu, tylko żyłem marzeniami.

O czym marzyłeś?
Najpierw, żeby być sportowcem a potem muzykiem.

Byłeś panem szczypiorkiem?
71. szkoła sportowa w Poznaniu. Część klas była szczypiornistami, część pływakami. W tej pierwszej grupie znalazłem się ja, w drugiej np. Artur Wojdat, medalista olimpijski, mistrzostw świata i Europy. I tak sobie żyliśmy: od meczu do meczu. Gdy miałem jakieś 14-15 lat, zobaczyłem, że dziewczyny bardziej jednak doceniają zespoły rockowe niż bramki strzelone na boisku. Postanowiłem założyć z kolegami zespół rockowy, choć kompletnie nie wiedzieliśmy na czym to polega. Nikt nie umiał grać. Dryfowałem po różnych ekipach i drużynach (łącznie z harcerstwem!), aż trafiłem pod poznańską operą do załogi punkowej. To była subkultura, która bardzo mi pasowała, bo wyrażała na zewnątrz bunt i kontestację na wszystko, co nas otaczało.

A dałoby się to rozwinąć?
Mówisz: „Bunt na wszystko co nas otacza”. Na wszystko, czyli na co?
Buntowałem się na to, że nie widzę miłości między moimi rodzicami. Że się rozwiedli a to jest rzecz bardzo poważna, bo dla dziecka oznacza zniszczenie fundamentu. Jak nie ma miłości, to co jest? Pieniądze? Dla większości młodych jest to temat tak nieosiągalny, że o tym nie myślą. Zostaje sukces. A na jaki sukces można liczyć? Być jak najbardziej rozpoznawalnym. Coś, jak teraz w Internecie, np. na Facebooku – ile masz „lajków” to taki jesteś ważny. W czasach mojej młodości liczyło się ilu ludzi znasz, ilu ludzi zna ciebie. Przeżyłem stan wojenny, polską biedę, szare kolory, szare zapachy, szare klimaty, alkoholowe dramaty. Doskonale się wtedy czułem z całą tą załogą pod poznańską operą.

Mówiłeś o alkoholizmie. Trochę winka w życiu pociągnąłeś.
Nie na tyle, by mówić o „profesjonalnym piciu”.

Rozdmuchany temat?
Całkowicie. Media często tak kreują: nowy Litza i stary Litza. To nie jest prawda. Zanim zacząłem grać profesjonalnie, już byłem bierzmowany i w małżeństwie. Zanim narodziłem się jako muzyk, najpierw wróciłem do Kościoła.

Z Dobrochną poznaliście się w 1984 roku właśnie pod poznańską operą. Do ślubu było jeszcze 4 lata. Jak trafiliście do Kościoła?
Szybko złapaliśmy wspólny język. Mieliśmy podobne doświadczenia, walki i trudy życiowe, związane z tym, że wychowywały nas samotnie mamy a samotność starały się jakoś wypełniać wysokoprocentowymi napojami. Kluczowym wydarzeniem był jednak straszny wypadek. Na naszych oczach samochód walnął naszego kolegę. Tydzień leżał na intensywnej terapii. My w tym czasie, w jakimś odruchu religijności naturalnej, która drzemie w każdym człowieku, przez cały ten tydzień chodziliśmy do kościoła. Akurat trwały jakieś rekolekcje. Siedzieliśmy sobie gdzieś z tyłu, mając nadzieję, że taka ofiara, polegająca na przeżyciu tych rekolekcji, sprawi, że ten chłopak wyjdzie.

Innymi słowy: cierpieniem było już samo siedzenie w kościele?
Nie, muszę powiedzieć, że bardzo mnie to ciekawiło. Byłem tak daleko od Kościoła i tak kompletnie nic mnie z nim nie łączyło, że nie miałem z nim żadnych negatywnych skojarzeń. Po tych rekolekcjach kolega jednak zmarł a my zostaliśmy z tym doświadczeniem chodzenia na rekolekcje. Zaczęliśmy się zastanawiać po co to wszystko było, ale raczej nie w buncie. Po prostu nie mogłem zrozumieć o co chodzi z tym Bogiem. Potem, gdy postanowiliśmy się pobrać i powstała kwestia, głównie dla naszych mam, by pobrać się w kościele, okazało się, że są pewne przeszkody natury formalnej. Wyszło na jaw, że ja nie mam żadnej edukacji katechetycznej. Zacząłem ją zatem nadrabiać z bardzo mi bliskim do dzisiaj księdzem Marcinem Węcławskim. Zajął się mną na tyle dobrze, że do bierzmowania stanąłem nie tyle z urzędu, lecz świadomie i z dużą nadzieją, że teraz coś się zmieni.

Wkuwałeś regułki?
No coś tam musiałem umieć, skoro skończyło się tym, że mieliśmy bardzo piękną uroczystość ślubu kościelnego, która rozpoczęła moją przygodę z Kościołem. Chodziłem co niedziela na Mszę, a nawet zbierałem pierwsze piątki miesiąca, czytałem o ojcu Pio i innych świętych. Ten pierwszy okres powrotu do Kościoła był bardzo gorący. Mówiłem wszystkie tajemnice różańca na kolanach.

Z żoną?
Żona była z pierwszym dzieckiem w ciąży, więc raczej trudno byłoby jej tyle klęczeć.

Co potem?
Potem zapał wygasł, bo nie miałem takiej pomocy, jak dzisiaj w postaci wspólnoty. Miałem też za dużo pytań, na które nie mogłem dostać odpowiedzi.

Jakich na przykład?
Dlaczego wino i chleb? Dlaczego w tym momencie stoję a teraz siadam i klękam? Dlaczego ołtarz jest tam a my tu? Co znaczą te różne symbole? Niektórzy mi mówili, żebym po prostu chodził i nie zadawał głupich pytań, ale ja chciałem wiedzieć skąd są te czytania i dlaczego akurat takie. A jak nie miałem odpowiedzi na pytania to zacząłem się nudzić i myślałem o piosenkach.

Pierwszą wydaną profesjonalnie piosenką z Twoim tekstem był utwór „Salvator Mundi, Salva nos”, nagrany w 1989 r. z zespołem Turbo. Wymyśliłeś to nudząc się na Mszy?
Może i tak. Przyznam, że chodziłem do kościoła, bo bałem się, że jak przestanę to się stanie coś złego. „Jak nie pójdę na Mszę to będę miał nieudany tydzień” – to była moja religijność ludowa, czyli coś za coś, handel. Bóg był mi potrzebny do moich interesów. Dla takiego wyposzczonego przez życie człowieka tylko Msza w niedzielę to było za mało. Pisałem za to teksty inspirowane Biblią, bo myślałem, że jak napiszę coś o Bogu to będzie to ważniejsze niż pisanie o byle czym. I tak to jakoś się toczyło aż do momentu, gdy zachorowałem na grypę, czego konsekwencją była operacja na otwartym sercu i zastawki. Kompletnie tego cierpienia nie rozumiałem i strasznie się zbuntowałem. Przestałem chodzić na Mszę. Wpadłem w pustkę. Zastawki na początku bardzo przeszkadzają, bo są głośne. Ten sztuczny tykający element cały czas słyszałem i miałem odruchy, żeby to wypluć. Potem było czwarte dziecko, które straciliśmy. To było dla nas straszne doświadczenie. Modliłem się wówczas niecenzuralnymi słowami.

Bez cenzury, czyli jak?
K… dlaczego?! Co ja Ci zrobiłem Boże, że mnie tak doświadczasz?! Ta moja postawa wynikała chyba z tego, że wówczas byłem bardziej przestraszony tą czwartą ciążą niż z niej zadowolony. Wystraszyłem się bardzo.

LUXTORPEDA BAND

„K… dlaczego?! Co ja Ci zrobiłem Boże, że mnie tak doświadczasz?” No i odpowiedział… [Na zdjęciu: Na pierwszym planie Robert LITZA Friedrich z przyjaciółmi z zespołu LUXTORPEDA.]

Czego się bałeś?
No wiesz: jestem po operacji, nie wiadomo ile będę żył, a tu kolejne dziecko, które trzeba będzie – jak pozostałe – wychować, dać im jakiś start w życie (przez co rozumiem nadzieję a nie pieniądze), a ja czułem się wrakiem człowieka. Miałem czarne wizje: jak mnie zabraknie to co będzie? Nie miałem wiary, że Pan Bóg nad tym wszystkim czuwa. A jak to dziecko umarło, zacząłem się dodatkowo obwiniać, że pewnie dlatego umarło, bo ja się nie cieszyłem. Od tamtego doświadczenia, gdy Bóg się nade mną pochylił, zabierając ten lęk i dając w jego miejsce pokój, cieszyłem się na każde kolejne dziecko z całego serca. Teraz od sześciu lat staramy się o kolejne, ale nie mamy. Mamy wnuka, ale to nie to samo.

A dlaczego wróciłeś do Kościoła? Znowu ze strachu?
Na pewno nie wybierałem się do Kościoła. W tym czasie jeden z moich kolegów, Tomasz Budzyński, z zespołu Armia, zaprosił mnie na katechezy dla dorosłych. Samo słowo „katechezy” zadziałało na mnie, jak płachta na byka. Szanowałem jednak Tomasza. Był dla mnie postacią kultową, więc pomyślałem: „Skoro Budzy zaprosił mnie na coś, to może to się nawet nazywać katecheza – nie wypada odmówić”. Poszedłem i byłem bardzo zadowolony. Trafiłem na katechezę o Abrahamie. Zbankrutowanym człowieku, który nie dostał w życiu tego, co miało mu przynieść szczęście ani też nie widział już w tym życiu sensu. I ja na tej katechezie BYŁEM DOKŁADNIE TAKI. Już sam styl mówienia tych ludzi, którzy wówczas głosili, był pociągający.

Mówili do rymu?
Przeciwnie. To był tekst mówiony bardzo prostym językiem, w liczbie pojedynczej, do mnie. Zaskoczyło mnie też, że całą katechezę mówiła osoba świecka. Przyznam, że to mnie nawet uspokoiło, bo jakby to mówił ksiądz to bym od razu go zaszufladkował: pewnie to jego praca i jakiś obowiązek. A tu nie. Mówi świecki, który ma swoje życie, pracę i rodzinę i przyszedł do mnie, jak człowiek do człowieka z jakąś nowiną. Byłem tym wszystkim tak zaintrygowany, że poszedłem na następną katechezę, która mówiła o wyjściu z niewoli. Tam był taki czas, podczas którego padało pytanie w którym miejscu jesteś. Czy w niewoli, czy na pustyni, czy gdzieś jeszcze? Wówczas myślałem, że jestem w każdym z tych miejsc, co się okazało kompletną bzdurą, bo człowiek może być tylko w jednym miejscu: tu i teraz.

Po dwóch katechezach byłeś już nawrócony?
Nie żartuj. Te katechezy były bardzo fajne, ale okazało się, że zaraz się kończą. Dowiedziałem się, że ci ludzie jadą jeszcze na jakiś wyjazd i finał. Postanowiłem więc jechać i ja. Co miałem do stracenia? Tam, ku mojemu zaskoczeniu, dostałem odpowiedź na każde z moich pytań o Eucharystię. Była też spowiedź, która była dla mnie zupełnie inna niż wszystkie dotychczasowe. Jej inność polegała na tym, że bez mojego wysiłku zapragnąłem od tego dnia żyć innym życiem. Wiedziałem, że nie mam na to siły, ale pragnienie było ogromne. Cudem tych dni było też to, że przestałem się wstydzić swojego życia i swoich grzechów, bo zobaczyłem, że Bóg przychodzi do mnie nie po to, by mnie wykpić czy poniżyć, ale po to, by zabrać ode mnie te grzechy. Mówiąc krótko: głównym punktem tego sakramentu już nie był wstyd, lecz pragnienie życia inaczej. Potem Eucharystia pod dwiema postaciami, nie śpiesząc się nigdzie, nie w kurtce, nie w mrozie, nie w ostatnim rzędzie, ale tuż przy ołtarzu, wśród braci. To była pierwsza Eucharystia ze wszystkimi znakami, które miałem już wyjaśnione. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Z tych ludzi, którzy tam ze mną byli zawiązano wspólnotę, która spotyka się razem na różnych liturgiach. Mija już 18 lat, jak jesteśmy razem.

Dlaczego w ogóle zostałeś, co było takiego interesującego?
Zostałem, bo mogłem. Dlaczego się dziwisz? Mimo że nie miałem wiary, nie znałem Boga, mając tylko to przeświadczenie, że ten Bóg kocha mnie takiego a nie innego i że nie gorszy się moimi grzechami. Mogłem zostać. Myślałem, że będę musiał jakoś szybko nadrobić braki, wkuwać modlitwy i inne formuły, bo nic nie umiałem, ale okazało się, że na dzień dobry Kościół o to w ogóle mnie nie pytał. Pytał tylko czy chcę dostać wiarę. W tym czasie miałem też krótkie doświadczenie w Odnowie w Duchu Świętym, ale trochę się tego bałem, bo to jest wspólnota raczej dla ludzi wierzących a ja taki na pewno nie byłem. Dla mnie była inna forma: małymi krokami poznawać to wszystko, czym jest dojrzałe chrześcijaństwo.

Gdybyś miał jednym sms-em przekazać komuś co to jest to „dojrzałe chrześcijaństwo”, co byś napisał?
Spróbujmy. Chrześcijaństwo to poznać Boga, poznać Go osobiście, rzucić się w Jego ramiona, jak dziecko, doświadczyć wolności i oddawać każdego dnia życie z miłości do drugiego.

STOP. Mamy 160 znaków.
Mogę krócej, ale po co? Sms-em nie przekażesz nikomu wiary. Chrześcijaństwo to życie w relacji z Bogiem. Nie można iść do ślubu z wirtualną narzeczoną. Musisz ją poznać. Możesz ją pięknie opisywać, a nawet kupić jej suknię ślubną, ale to niczego nie zmieni, bo jak jej nie ma, to jej nie ma i kropka. Ślubu nie będzie.

Przed chwilą przekomarzając się z żoną, powiedziałeś jej, że jeszcze nie jesteś chrześcijaninem. Dlaczego?
Asekuracja.

Będzie cię sprawdzać?
Nie, ona mnie zna. Być chrześcijaninem to mieć naturę Jezusa: nie opierać się złu, kochać nieprzyjaciół, nastawić drugi policzek i to wszystko bez wysiłku. Mieć tą nową naturę. Niestety, ja jej jeszcze nie mam.

No to kim jesteś?
O Jezu [westchnął ciężko]! Kim jestem? Mąż jednej żony, ojciec siódemki dzieci, dziadek jednego wnuka. Zawód wykonywany: muzyk. Brat we wspólnocie neokatechumenalnej przy parafii w Poznaniu. Na razie to tyle.

Innymi słowy: 160 znaków o porządnym facecie.
Daj spokój! Każda z tych dziedzin jest obłożona dużą porcją słabości, od bycia mężem i ojcem, po bycie muzykiem czy bratem we wspólnocie. Wszyscy ci to potwierdzą: żona, koledzy z zespołu i bracia ze wspólnoty. Robert Friedrich to słaby człowiek. Wszystko dzieje się w dużej kruchości.

W kruchości? Co to znaczy? Wiele osób z neokatechumenatu używa tego słowa. To jakiś wytrych.
Kruchość to świadomość swoich niemożności: niemożności kochania, służenia innym. Dla chrześcijanina kruchość jest czymś pozytywnym. Człowiek otrzymuje w pewnym momencie odwagę szczerego spojrzenia na siebie, by dostrzec, że jest po prostu słaby. Ciekawe jednak, że z tego powodu nie jest smutny i załamany. Wręcz przeciwnie – nareszcie może mieć trochę wolności, płynącej z faktu, że jest Ktoś, kto zabezpiecza jego los, dba o niego, kto nad nim czuwa. I najważniejsze: TEN KTOŚ kocha mnie właśnie takiego, jakim jest, czyli słabego.

Jestem słabym człowiekiem. W tej słabości znalazłem jednak wolność, której szukałem całe życie

Wątpiłeś kiedyś w istnienie Boga?
Nie, nigdy. Pytanie jednak czy o nim dobrze myślałem lub czy myślałem w ogóle.

Ale ja się teraz rozglądam i Go nie widzę.
A ja widzę. W tej rozmowie.

Masz rentgena w oczach? Jak Go widzisz?
Dając tobie świadectwo o konkretnym działaniu Boga w moim życiu, nie mówię teorii. Niektóre z tych wydarzeń stają się dziś na nowo, na nowo się we mnie dzieją i czuję czasem jeszcze większą radość niż wcześniej. Radość z obecności Boga. To zadziwiające, ale tak jest.

Mówisz o jakiś teoretycznych galaktykach, o których istnieniu wiemy tylko z matematycznych obliczeń. Co to jest to doświadczenie Boga? Do czego go możesz porównać?
[Milczymy, przechodnie wchodzą i wychodzą. Ktoś zamówił kawę. Po dłuższej chwili Litza wypalił:] Do zapachu żony. Nikt tak nie pachnie jak żona, którą się kocha. Chodzi o konkretne, intymne spotkanie z konkretną osobą, którą jest Bóg. Nie odważyłbym się powiedzieć cokolwiek o Bogu, gdybym Go nie spotkał w faktach mojego życia. To by był tylko moralizm i hipokryzja. Spotkałem Go i dlatego mogę o Nim mówić. Uzdolnił mnie do rzeczy, do których po ludzku nigdy nie byłem zdolny.

No to porozmawiajmy o tych spotkaniach Boga. Każdy ma w życiu doświadczenie, które poddaje pod wątpliwość czy Bóg jest dobry. Opowiesz?
Największym piekłem, którego doświadczyłem był czas depresji. Zastanawiałem się skąd mi to przywędrowało i dlaczego. Teraz, z perspektywy kilku lat, widzę, że jest to poważna walka starego człowieka, który jest we mnie, który jest niewolnikiem opinii, różnych żądz, pracy, relacji. Zniewolony, ale chce istnieć i to o własnych siłach. I ten stary człowiek raz po raz podnosi głowę. A człowiek nowy, który ma w sobie usprawiedliwienie, który rozumie nawet tego, kto go krzywdzi, jest wolny. I to szczególne miejsce w Kościele – ta mała wspólnota – pomaga mi, by ten nowy człowiek miał więcej szans na wygraną, by wzrastał. Bo stary człowiek ma pomoc właściwie z każdej strony. Telewizja, prasa, radio, moda, gwiazdy, świecidełka, kosmetyki, alkohole, używki… wszystko mówi: walcz o swoje, musisz zdążyć przed innymi, być lepszym, piękniejszym, żyj dla siebie, bo jesteś tego wart, walcz o marzenia, bo to twoja przyszłość, wszystko o czym marzysz jest dobre… i tym podobne bzdury. Gdy ktoś w to uwierzy, na końcu cierpi. Zawsze. A nowy człowiek ma realną pomoc „tylko” w nadziei, którą czerpie np. w takiej małej wspólnocie.

Niewolnik opinii, różnych żądz, pracy. To prawdziwe piekło, w którym wiele lat żebrałem o uczucia.

Jest wiele definicji depresji. W jej ciężkich stanach nic nie jest w stanie pocieszyć. Mówi się o „odczuwaniu bólu bezsensu istnienia”. Gdzie był Bóg, gdy cierpiałeś?
Wspierał mnie bardzo. Był w tym wydarzeniu obecny.

Przecież gdybym wtedy przyszedł do ciebie i powiedział ci, że Bóg jest w Twojej depresji to dałbyś mi w twarz.
Wcale nie. Jak wołałem do Niego, miałem realną pomoc.

Ale jaką?
Miałem nowe spojrzenie na ten problem. Wiedziałem, że to nie jest koniec. Żyłem przekonaniem, że po tej nocy przyjdzie dzień.

Wybacz, ale co to za pociecha?
Wiesz, jak moja mama była mocno pijana, to ja żyłem tym następnym dniem, kiedy będzie już po wszystkim. Tęskniłem nie tyle do ciszy, co do powrotu mojej normalnej mamy, która słyszy co mówię, mówi normalnie, odpowiada na pytania i po prostu jest. Tak samo z depresją. Dzięki Bogu, wiedziałem, że ta noc minie.

No dobrze, ale po co to cierpienie? Dlaczego Bóg daje takie trudne doświadczenia? Tak, jakby chciał nam dopiec.
Nikt nie chce żyć teoretycznie, ani wyznawać teorii, które nie mają żadnego związku z życiem, prawda? Ja nie chcę. Dziś mogę powiedzieć, że Bóg wprowadził mnie w cierpienie, bym mógł doświadczyć konkretnego a nie teoretycznego Chrystusa. Chrystusa, który cierpi, umiera i zmartwychwstaje. Żebym mógł doświadczyć jeszcze mocniej, że po każdym cierpieniu przychodzi pocieszenie, po śmierci życie, tak jak właśnie po nocy przychodzi dzień. To nie jest teoria, lecz wypróbowana w doświadczeniach wiara w Jego obecność w moim życiu.

Sęk w tym, że to co mówisz dla wielu osób może być nadal tylko teoretyzowaniem.
Wiem. Od momentu, gdy straciliśmy dziecko, rozumiem rodziny, które tracą dziecko. Będąc niezdolnym do życia przez depresję, dziś rozumiem ludzi, którzy nie mogą z tego powodu wstać z łóżka. Nie mówię już, że to leń, tylko rozumiem, że on naprawdę nie może, bo paraliżuje go strach. Kto nie ma doświadczenia czym jest alkoholizm w rodzinie, nie doświadczył operacji serca i wstawienia zastawek, nie będzie wiedział o czym mówię, starając sobie jedynie to wszystko wyobrazić. Tak samo ja nigdy nie będę wiedział co to jest poród dziecka. Każde z trudnych doświadczeń, przeżywane w relacji z Bogiem, owocuje czymś niezwykłym: można solidaryzować się z innymi cierpiącymi, a przede wszystkim z Chrystusem. To są rzeczy, które człowiek zbiera do worka swojego osobistego, intymnego życia. Drugi tego nie zrozumie.

Skoro wszystko jest takie intymne to jak ewangelizować? Co mówić drugiemu, by mógł odnieść jakieś fakty do swojego życia?
Gdy rozmawiam z ludźmi, którzy mają w głowie trochę teorii z religii, ale nigdy nie spotkali Boga, by móc się w Nim zakochać, staram się używać słów, które są obrazowe. Np. na koncercie, przed utworem „W ciemności” mówię czasami, że jest wielka ciemność, gdy rodzice muszą patrzeć, jak choruje ich dziecko, tak jak była chora nasza najstarsza córa, ale potem widzą, że ich córka jest bardzo zakochana, jest ślub, rodzi się dziecko i rak przegrywa. W tym kontekście mogę powiedzieć, że miłość jest silniejsza niż rak, niż śmierć. Mógłbym oczywiście ograniczyć się do hasła: „miłość mocniejsza niż śmierć”, co dla chrześcijanina odnosi się do jego faktów, jednak dla kogoś „niepobożnego” znaczyłoby to tyle samo, co „tere fere kuku”. Za każdym słowem Boga stoi jakiś konkretny fakt.

Zatrzymajmy się jeszcze nad chorobą Twojej córki. Jak się o tym dowiedziałeś?
Majka (bo o niej mowa) od dłuższego czasu kasłała, miała ogromne węzły chłonne po 6-7 cm. Ciało zaczęło dziwnie wyglądać. Lekarze mówili, że to zapalenie, a ona dusiła się coraz bardziej. Pojechałem z nią szybko do szpitala. To było przed jej osiemnastką. Po drodze jeszcze sobie żartowaliśmy, że zaraz dostanie jakieś zastrzyki i wszystko przejdzie. Planowaliśmy jeszcze imprezę, lecz żarty się skończyły, gdy lekarka niemal z marszu zdiagnozowała, że mamy do czynienia z ziarnicą złośliwą i trzeba to natychmiast zaatakować mocną chemią. W przeciwnym razie Majce groziło uduszenie, bo jeden z węzłów chłonnych był już tak powiększony, że uciskał pień płucny. Finał tego radosnego dnia był taki, że usłyszała: „masz raka dziewczynko”.

Załama?
Moja córka była wtedy ze swoją wspólnotą po pewnym etapie, który mówi, że Bóg jest jeden i nie ma innego. Córka powiedziała nam wtedy, że czuje, iż Bóg chce się z nią poznać osobiście, że jej relacja do Boga nie ma być już tylko przez rodziców, przez wspólne modlitwy, ale że Bóg ją zaprasza do osobistej relacji. I tak trafiła na onkologię. Dla niej to był dialog. Zaczęła się poważnie modlić. To nie była zabawa, czy pewien zwyczaj bycia dzieckiem rodziców ze „starszych neokatechumenalnych wspólnot”, lecz zaczęła mieć swoją konkretną historię z Bogiem.

Co wtedy myślałeś, jak wróciłeś do domu sam?
[Znowu zapadła cisza. Po chwili, półgłosem:] … wdzięczność … tak … wdzięczność.

Halo, tu Ziemia! Może nie dosłyszałeś pytania? Mówimy o wyroku śmierci dla Twojej córki!
Słyszę, słyszę. Byłem wdzięczny Bogu, że mimo mojego nędznego ojcostwa, przekazałem temu dziecku zalążek wiary. Majka była po prostu bardzo dzielna w tym zmaganiu z chorobą, gdzie wszystko boli, tracisz włosy, rzęsy, brwi, puchniesz, boli nawet światło z okna. Przez ten czas choroby dojrzewało także jej powołanie. Jej i jej narzeczonego, który np. obciął się na łyso, bo powiedział, że jego dziewczyna nie będzie miała krótszych włosów niż on. Ja go zawsze traktowałem z przymrużeniem oka, lecz podczas choroby Majki, podziwiałem go. Wyobraź sobie, że pewnego dnia podstępnie wszedł na oddział onkologii, mówiąc że przyjechał z Krakowa i przywiózł bardzo ważną wiadomość dla Majki od ciotki i że ta wiadomość nie może czekać. Wpuścili go. Zrobił to po to tylko, żeby się z Majką zobaczyć i dać jej odrobinę radości. Ktoś jednak odkrył jego fortel i ordynator strasznie na mnie nakrzyczał w temacie „jak my wychowujemy dzieci?”. Ja to jednak przyjąłem z nieukrywaną satysfakcją. Otworzyły mi się oczy na mojego przyszłego zięcia: facet pokazał, że naprawdę mu na Majce zależy. Teraz jest jej mężem i ojcem mojego pierwszego wnuka.

Wróćmy jeszcze do czasu depresji. Jak się wtedy modliłeś?
Rano modlimy się psalmami, w których opisane są wszystkie zmagania człowieka. Siedzisz załamany, nie widzisz niczego dobrego, nic ci nie smakuje, nic nie cieszy i nie ma sensu a psalm mówi wówczas: „W moim ciele nie ma nic zdrowego”, „Wszystkie Twe strzały we mnie utkwiły”, „Cuchną, ropieją me rany”, „Ginę na skutek mego szaleństwa” itd. Po psalmach jest kilkanaście minut modlitwy cichej. W tej ciszy rozgrywał się cały dramat. Śpiewamy o tym w Luxtorpedzie:
A we mnie samym wilki dwa, oblicze dobra, oblicze zła walczą ze sobą nieustannie wygrywa ten którego karmię
Uciekałem bez siły
wilki za plecami wyły
miałem tylko nadzieję
i otwarte drzwi (KOŚCIOŁA)
upadłem na kolana
i walczyłem do rana (MODLITWA)
nie wiedziałem
że jestem w sobie taki zły latami dokarmiałem
tego którego nie chciałem (TEGO ZŁEGO)
on głęboko zatopił
we mnie swoje kły
Twoja modlitwa
złapała go w sidła
teraz jestem wolny
tak jak Ty.
Bo za mnie modlił się Chrystus. Moja nieumiejętność modlitwy była umacniana przez Ducha Świętego, który modlił się we mnie. Modlitwa cicha to przestrzeń na działanie Boga. Polecam.

Spotkałem się ostatnio z wypowiedzią sławnej osoby, która zadeklarowała się jako osoba wierząca, lecz mimo szczerych chęci, nie chodzi do Kościoła, ze względów estetycznych: tandeta, nuda, obciach, brzydko i strasznie fałszują. Dorzućmy do tego jeszcze afery. A Ty – pan artysta (śmiech) – nie masz ochoty uciekać z tego samego powodu? Jaką wartość ma dla ciebie Kościół i z czym ci się kojarzy?
Moim miejscem w Kościele od 18 lat jest mała wspólnota, gdzie otrzymuję wiarę. W szerszym kontekście natomiast Kościół to wspólnota wspólnot. Rozumiem jednak, że dla współczesnego człowieka, który nie rozumie liturgii, nie jest prowadzony do dojrzałej wiary, tylko opiera się na swoich osobistych odczuciach, może być bardzo trudne dotrwać do końca nawet jednej niedzielnej Mszy św. Po prostu to rozumiem, lecz także współczuję, bo pamiętam jak to jest. Ja osobiście we wspólnocie dostaję bardzo konkretną pomoc, a mianowicie: rozumienie swojego życia, łącznie z cierpieniem. Kościół przekazuje mi łaskę po łasce w taki sposób, że mogę np., przynajmniej trochę, oddawać siebie żonie i dzieciom, nie oczekując niczego w zamian. Oddając się drugiemu, zyskuję o wiele więcej niż kiedy walczę o swoje. Znowu tu odnoszę się do konkretnych doświadczeń. To nie jest teoria. Wiele razy jechałem na liturgię sfrustrowany i zły, kompletnie nie rozumiejąc rzeczy, które mnie tego dnia spotkały a po liturgii wracałem szczęśliwy.

A co np. zrozumiałeś na takiej liturgii?
Że frustracja ostatnich dni nie miała związku z tym, że ktoś mi coś przykrego powiedział lub że nie miałem pieniędzy, lecz z faktu, że w każdej z sytuacji, w relacji do każdego spotkanego człowieka, szukałem swojej chwały, chciałem jakiegoś potwierdzenia swojej wartości. Byłem po prostu egoistą, bo wszystko miało być dla mnie i moje. Słowo Boże mówiło natomiast, że nie ja jestem Bogiem, że nie muszę wygrywać, że nie muszę walczyć o swoją rację, że w ogóle nie muszę jej mieć, że nie muszę być najlepszy, że Bóg wszystko dobrze prowadzi.

Co to znowu za pocieszenie – zorientować się, że jest się egoistą?
Zobaczyć siebie samego w świetle Słowa Bożego zawsze pociesza a rozumieć swoje życie jest czymś pięknym, uszczęśliwiającym. Po prostu.

Tyle mówisz o Bogu, słuchasz Jego słów, chodzisz na liturgie, itd. Naprawdę uważasz, że jesteś grzesznikiem?
Ja nie uważam, ja to wiem, a jak zapominam to moja mądra żona bardzo szybko i umiejętnie sprowadza mnie na ziemię swoją normalnością.

Ty opowiadasz o wspaniałej płycie a ona cię goni do garów?
Raczej: „brakuje ojca w domu, zobacz co oni wyrabiają. Ja im nie dam tego, co powinni dostać od ojca. Wracaj szybko”.

A co powinni dostać od ojca?
No cóż. Bywało, że urywałem się z koncertów, by powiedzieć dzieciom to samo, co powiedziała żona. To wystarczy. Dziecko potrzebuje do wzrostu przede wszystkim widzieć, że rodzice są jedno. To ich najbardziej też uspokaja, inspiruje do życia i powoduje, że bez moralizowania i robienia jakiegoś twardego prawa, same zaczynają wiele razy troszczyć się o to, co dobre. Ale żeby ta katecheza jedności była trwała, ojciec i matka muszą być razem w domu, a jak mnie nie ma za długo, dzieci zaczynają podświadomie wątpić w tą jedność, tracą fundament. Ja muszę wówczas natychmiast wrócić, by im przypomnieć, że jesteśmy razem.

Jest jeszcze okres Bożego Narodzenia. Lampki, choinki, prezenty – sielanka. Widziałeś ikonę Bożego Narodzenia, na której święty Józef siedzi zgnębiony?
Tak, przed nim stoi pastuch, zamiast stóp ma kopyta. Zmaganie Józefa, który chce zaufać Bogu do końca, choć całe jego małżeństwo i ojcostwo jest poza zdolnością rozumowego pojmowania.

Ten pastuch mówi Józefowi, że cała historia jest bez sensu. Miałeś takie doświadczenie?
Różnica między mną a świętym Józefem jest taka, że wszystkie dzieci są moje biologicznie. Z tego co mi wiadomo, żadne nie poczęło się z Ducha Świętego [od red.: ze śmiechu zadławiliśmy się obaj kawą], ale mówiąc poważnie… moje dzieci to dzieci Boga, które dostałem pod opiekę. A że jest ich tyle? Patrząc na moją wspólnotę, widzę, że są w niej małżeństwa, które na moje oko są o wiele lepiej przygotowane, by być rodzicami, mają stałą pracę, są stabilni emocjonalnie, tymczasem moim dzieciom trafił się ojciec… trochę dziwny.

Tzn.?
Użyję tego „brzydkiego” słowa: jestem artystą. Innymi słowy mam twórcze ADHD, które może być bolesne i uciążliwe dla żony i dzieci. Są okresy, w których do mnie się mówi a ja nic nie słyszę, bo myślę czy na czwartym tracku, na kotle ma być pogłos 3,5 sekundy czy może jednak wydłużyć inny efekt… i tak w kółko. Proces tworzenia utworu składa się właśnie z takich drobiazgów, sekund, nad którymi spędza się długie godziny. Na zewnątrz wygląda to jednak co najmniej dziwacznie. Siedzę np. przy obiedzie z rodziną, zjadam grzecznie wszystko i wychodzę, by po kwadransie wrócić i zapytać kiedy będzie obiad. Niestety nie jestem ojcem, który rano idzie do pracy, potem wraca i jest gotowy pomagać w lekcjach. Jak siedzę do piątej rano w studio, to potem nie widzę, kiedy dzieci wychodzą do szkoły. Często wyjeżdżam na koncerty, ewangelizujemy też z żoną po różnych miejscach, gdzie nas Kościół pośle, więc bywa, że nie ma mnie i tydzień.

Trochę to nienormalne.
Bywały momenty, kiedy głosiliśmy z żoną katechezy w parafiach, gdy dzieci pytały: „gdzie ZNOWU wychodzicie?” Odpowiadaliśmy, że idziemy ratować ludzi. „W takim razie możecie jechać” – odpowiadały.

Wracając do św. Józefa. Czy spotkało cię coś, co cię uderzyło a było pokusą przeciwko twojemu ojcostwu?
Kultura, która nas otacza jest przeciwko ojcostwu, polityka, która jest usilnie wdrażana jest przeciwko ojcostwu. Mam tu na myśli kontekst rodzin wielodzietnych. Ta namacalna niesprawiedliwość, która się dzieje i dotyka tych rodzin. To jest wszystko realizowane tak, by ludzie nie mieli odwagi nawet założyć sobie w myślach, że mogą mieć więcej niż dwójkę dzieci.

A ty się bałeś?
Za każdym kolejnym dzieckiem widziałem jakie są przeszkody. Im więcej ludzi na utrzymaniu, tym więcej trzeba wydać i płacić takie same podatki, jak tzw. singiel.

Rozliczasz PIT a w głowie przekleństwa, że ktoś cię wykorzystuje?
Nie do końca. Nie szukam sprawiedliwości na tym świecie, bo wiem, że tej sprawiedliwości po prostu tutaj nie ma. Wiesz co, może na siłę mówię o tych problemach. Jest faktem, że rodziny wielodzietne są traktowane niesprawiedliwie i mam świadomość, że wiele osób może przez to doświadczać olbrzymich trudności. Ja natomiast, nie wiem dlaczego, patrzę na historię mojej rodziny trochę inaczej. Dzieci rodziły się jako owoc miłości, a nie kalkulacji. Nie ma nic piękniejszego, ale i nie ma nic trudniejszego, niż nasza miłość. W sumie to chciałem na siłę wymyśleć jakieś przeciwności, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie. Jak przychodzi koniec miesiąca czy roku wówczas mam lekkiego „bunta” na to, że muszę oddawać fiskusowi to, co mógłbym zainwestować w życie moich dzieci. Mam trzy starsze córki, które studiują i nie mogę im pomóc, jak chciałbym, ale podatki nie przeszkadzają nam z żoną starać się o kolejne dzieci. Staramy się o nie, bo to jest po prostu piękne.

Ile macie lat?
Po 44.

Macie tyle lat i tyle dzieci i jeszcze chcecie kolejne? Czy już ktoś Wam powiedział, że to trochę „nieodpowiedzialne”, „idiotyczne”, czy nawet „chore”?
Ja się czuję zdrowy zarówno fizycznie, jak i psychicznie. W dodatku mam pracę i warunki ku temu, by przyjąć kolejne dzieci. Nie ma obiektywnych przeszkód.

A wiek? Mogą urodzić się chore.
Ale dać komuś życie jest czymś cudownym. Mi oczywiście jest łatwiej o tym mówić, bo tak naprawdę całość ciężaru rodzenia dzieci bierze na siebie żona. Ja z tego akurat faktu mam same przyjemności. Ona – 9 miesięcy ciąży a potem w nagrodę bonus track: poród, karmienie, ząbkowanie, itd. Musiałbyś jednak zapytać mojej żony skąd bierze na to wszystko siłę. Ja ją mogę za to tylko podziwiać.

rodzina swieta 2012

Staramy się o kolejne dzieci, bo dać życie jest czymś cudownym.

Zresetujmy tę rozmowę. Twój ulubiony święty?
Hieronim. Mam jego ikonę napisaną u Franciszkanów. Towarzyszy mi w studio i często tam, gdzie jedziemy.

Dlaczego on? Ze względu na erudycję?
Zupełnie nie. Raczej ze względu na to, że miał trudny charakter. Był bardzo niemiły dla współbraci.

To cecha godna naśladowania?
To cecha, jak każda inna, którą trudno u siebie zaakceptować. Przyjąć do wiadomości, że się jest takim, a nie innym. On całe noce spędzał na pracy, tłumaczył Pismo Święte a potem był nie do zniesienia. Ja też często po nocach nagrywam i właściwie co chwilę dla każdego jestem chamski a potem żałuję i tak na okrągło. Trudno ze mną wytrzymać. Najważniejsze jest jednak jego spotkanie z Chrystusem, gdy Ten prosił go, by dał Mu coś swojego, na co Hieronim zaczął proponować różne swoje zdolności a na końcu rozmowy okazało się, że jedyne, co miał tak naprawdę swojego i po co przyszedł do niego Jezus to były grzechy. Grzechy Hieronima. Poza nim jest jeszcze Mała Tereska, Mała Arabka i Ojciec Pio, który towarzyszy mi właściwie przez cały czas od mojego powrotu do Kościoła.

Jak ci towarzyszył?
Opowiem o jednym zdarzeniu. Byłem w San Giovanni Rotondo i bardzo chciałem pójść tam do spowiedzi. Rozumiesz: słynne miejsce, tyle cudów i w ogóle. Przez parę dni szukałem księdza Polaka, ale ciągle mnie odsyłali, że właśnie wyjechał, wyszedł, nie ma. W końcu trafiłem nie tam gdzie chciałem, czyli do groty Michała Archanioła. Był tam konfesjonał, wchodzę i próbuję coś wydukać po włosku, że sono Polacco, eeee, volio, eeee, na co słyszę, „niech pan wejdzie, jestem Polakiem”. Wyspowiadałem się a potem po jakimś czasie wyczytałem, że Ojciec Pio wychodził czasem z konfesjonału i kazał niektórym wyjść z kolejki, bo on ich spowiadał nie będzie i że jedynym miejscem, gdzie mogą to zrobić to tam – na górze – w grocie Archanioła Michała. Też się poczułem wypchany z kolejki.

Walczył o ciebie Archanioł, to chyba wyróżnienie?
Im większy grzesznik, tym większa o niego walka.

Teraz ci się przyznam, że trochę mnie rozśmieszyło, gdy dowiedziałem się, że byłeś konsultantem na Synodzie Biskupów w Poznaniu. Grałeś biskupom dla rozrywki?
Nie. Tam były różnego rodzaju komisje, które opracowywały różne tematy. Ja byłem w zespole nowej ewangelizacji.

Jaki masz pomysł na nową ewangelizację? Ostro i na rockowo?
Kościół żyje dopóki jest misyjny. Ma dawać wyraźne znaki i to tak uniwersalne, by nie wymagałyby wiary od tego, który na ten Kościół patrzy.

No właśnie mówię: robisz koncert z dobrą muzyką, z fajnymi tekstami, patrzą na to niewierzący i mówią, że ten Kościół jest ekstra.
Pudło. Nie o to chodzi. Kościół ma pokazać coś, co jest spoza tego świata, czego nigdzie indziej nie ma, a tym czymś jest darmowa miłość Chrystusa do każdego: przyjaciela i nieprzyjaciela.

A gdzie można takie cuda zobaczyć?
We wspólnotach, w rodzinach. Mój ojciec przyszedł na pogrzeb mojej mamy, z którą długo się nie widział, bo rozwód był już bardzo dawno. Pogrzeb był prawdziwie chrześcijański: pełen radości i nadziei. Po tym doświadczeniu postanowił chodzić na katechezy, które głosiłem z moją żoną i całą ekipą katechistów i wszedł do wspólnoty. Nie było w tym nic z mocy przekonywania, bo to jest inteligentny człowiek, bardzo ułożony o bystrym, matematycznym umyśle i ja bym go po ludzku nie przekonał. Na tych katechezach ojciec doświadczył czegoś, co nie jest teorią. Bóg mówi a słowo Boga ma moc sprawczą. Jeśli mówi, że wybacza wszystkie, nawet najcięższe grzechy, to ma też moc to człowiekowi objawić w jego sercu. Pierwszym jednak sygnałem dla mojego ojca i tym, co go pociągnęło do Kościoła, było to, co zobaczył u braci podczas pogrzebu. Sposób odnoszenia się do siebie i do tematu śmierci. Ludzie, którzy patrzyli na pierwszych chrześcijan wołali zachwyceni: „zobaczcie jak oni się kochają!” A jaką miłość widzieli? Pokorną i bez zazdrości nawet w relacjach między panem a niewolnikiem, radosną nawet w chorobie, wybaczającą i bez wysiłku nawet w stosunku do kogoś, kto wyrządził im krzywdę.

litzatata

Mój ojciec był ateistą, lecz pewnego dnia zobaczył miłość, dlatego przyszedł do Kościoła.

Mówiąc krótko: nowa ewangelizacja to głoszenie katechez i zakładanie nowych wspólnot?
Nowa ewangelizacja to język zrozumiały dla współczesnego człowieka, żeby mógł usłyszeć o miłości Boga, który jest dobrym Ojcem, a nie obojętnym, czy nieobecnym. Ktoś, kto sam szukał i znalazł, teraz dzieli się tym, czego sam doświadczył. Wracając do tej osoby, która nie może się odnaleźć w tradycyjnym Kościele, zaprosiłbym ją do którejś ze wspólnot. Charyzmatów po Soborze Watykańskim II jest do wyboru, do koloru. Dla mnie osobiście „nowa ewangelizacja” najlepiej wyraża się poprzez zakładanie małych wspólnot na wzór katechumenatu pierwszych wieków, gdzie człowiek jest prowadzony do dojrzałej wiary, ale także gdzie pokażą się wspomniane wcześniej znaki wiary dla współczesnego świata. Bez wymagania, bez moralizmu i kropka.

No to kropka. Dzięki





Poprzedni artykuł
Widzieli niebo
Następny artykuł
Nie chciał zmarnować cierpienia