Home Kwiatki ks. Orione

Kwiatki ks. Orione

Spis Treści

Wstęp
RODZINA I DZIECIŃSTWO
Ks. Orione się przedstawia
Na dobry początek … policzek
Na jego narodziny, róża
«Zrobimy z niego generała!»
Ubóstwo i praca
Wiara mamy Karoliny
W szkole mamy Karoliny
W dzieciństwie zbieranie kłosów
Jarmark św. Dezyderiusza
Polne dzwonki, które dzwonią
Trudny zawód brukarza
Woda (święcona) w ustach
Wojna próżniakom
Wilczki (i lupini) nauczycielki Quarlieri

Wstęp

Kwiatki ks. Orione: z pewnością tytuł, nie może szczycić się oryginalnością*. Ale oryginalny jest on, ks. Orione, i o tym przekona się czytelnik, przeglądając te strony, zebrane z pietyzmem i ofiarowane synom, przyjaciołom, sympatykom apostoła miłości, naszego wieku. Uśmiecha się do nas nadzieja, że wielu innych, zbliżywszy się do zapachu tych „kwiatków”, odkryje wyjątkową postać chrześcijańską, wulkaniczną przedsiębiorczość apostolską, i zechcą naśladować jej rysy dla odrodzenia chrześcijańskich ideałów, których brak tak nagląco odczuwamy.

To jest cel, jak wiemy, dla którego matka Kościół proponuje swoim dzieciom czczenie „świętych”: nie dla próżnego samozadowolenia, nie dla niezasłużonego przyznania zaszczytów, należnych jedynie Bogu, nie dla powiększenia chwały tych swoich najlepszych synów, ale abyśmy naśladując godne naśladowania wzory, przebywali z mniejszym wysiłkiem i większym porywem, drogę doskonałości ewangelicznej.

Temu celowi, co jest naturalne, służą biografie, niektóre udokumentowane i obszerne (tak jak to można zobaczyć w nocie biograficznej), ale nie wszyscy mają chęć i możliwość podjęcia trudu przeczytania ich. Właśnie im wychodzimy naprzeciw, zbierając z bardzo bogatego życia ks. Luigi Orione (1872 – 1940) rysy anegdotyczne, w które ono obfituje, porządkując je chronologicznie i ofiarując, jak bukiet kwiatów na radosne odkrywanie tym, którzy pragną podziwiać Boży ogród, zawsze nadzwyczaj barwny.

Czy rzecz ta się spodoba, odpowiedzą czytelnicy.

Badacz wyznaje, że mając na sumieniu napisanie wiele innych stron, o swoim bohaterze, w tych odkrył wielowiekowy zapach tego chrześcijaństwa, przeżywanego po frańciszkańsku, pełnego radości, pokoju, harmonii, i ognia miłości do Boga i braci. Dla tych, którzy tego nie wiedzą, ks. Orione postanowił jako chłopiec, naśladować biedaczka z Asyżu; Bóg poprowadził go innymi drogami, ale duch pozostał identyczny zawsze. Dlatego nie boimy się zestawić blisko siebie, tych dwóch przyjaciół Chrystusa, Franciszka z Asyżu i Alojzego Orione, odległych od siebie czasem, bliskich jedną pasją: żyć Ewangelią sine glossa.

Było by warto – jak powiedział wydawca, którego zasługą jest niniejsza publikacja – pozwolić poznać szerokim kręgom czytelników, przygodę ks. Orione, tym bardziej, że jest ona bardzo bliska w czasie (jeszcze dziś żyje wielu, którzy znali go osobiście!); do niżej podpisanego, za pośrednictwem wielu osób, dotarła bardzo miła propozycja, wykonania tego projektu. Rezultat, czytelnik ma w tej chwili w ręku. Wydawca i badacz, mają nadzieję, że ich praca się spodoba.

Jeszcze parę słów o kryteriach, których się trzymaliśmy.

Epizody, zostały naturalnie wybrane z setek innych, w które obfituje przygoda oriońska.

Zostały przedstawione, tak jak o tym już wspomniano, w porządku chronologicznym, również w celu poznania, tym którzy nie znają prawdziwej biografii, życia bohatera, w jego najważniejszych etapach. Ta wizja, zostanie uzupełnione w aneksie w nocie chronologicznej.

Kiedy zdarzenie zostało opowiedziane przez ks. Orione – a jego synowie, wiedzą, że zdarzało się to bardzo często, jak o tym świadczy dwanaście tomów przemówień, zachowanych w ich archiwum – przepisujemy po prostu jego słowa, zresztą pachnące spontaniczną żywotnością.

W tych wypadkach, gdy anegdota została opowiedziana przez jakiegoś dobrego pisarza, tak jak w przypadku pierwszej, szczęśliwej biografii ks. Orione, autorstwa ks. Domenico Sparpaglione, zamiast opowiadać ją na nowo …, i być może wypaczać, przepisaliśmy dosłownie, cytując źródło (co nie zawsze się czynią różni autorzy!…).

Zbędne jest mówienie, że cała zawartość naszych stronic, została krytycznie zbadana, bezpośrednio odwołując się do źródeł, opublikowanych i nie wydanych. Do tych ostatnich mieliśmy dostęp podczas lat spędzonych w Dyrekcji generalnej Małego Dzieła Boskiej Opatrzności. Dlatego możemy powiedzieć, szczególnie synom ks. Orione, że większa część jego wielostronnej osobowości pozostała do tej pory niezbadana. Mamy nadzieję, że nie będzie tak w przyszłości.

Powiedziawszy to, możemy wycofać się po kolei, wydawca i badacz, pozostawiając czytelnikowi satysfakcję oddychania przyjemną wonią tych „kwiatków”. Jeżeli będzie z nich czerpał przyjemność, niech odda chwałę Bogu, zawsze godnemu podziwu w swoich świętych.

Andrea Gemma
Isernia, 26 października 1993,
Trzynasta rocznica beatyfikacji ks. Orione

 

RODZINA I DZIECIŃSTWO
Ks. Orione się przedstawia

«Dziś (24 czerwca 1931 r.) przypada rocznica mojego chrztu, a wczoraj była rocznica moich urodzin (23 czerwca 1872 r.). Dali mi na imię Jan, imię patrona dnia, i ja jestem Jan w dokumentach. Dali mi na imię także Alojzy, ponieważ zmarł mój brat i ja odziedziczyłem po nim imię. Kiedy nie chcę aby mnie rozpoznano, nie kłamiąc, przedstawiam się mówiąc, że jestem ks. Jan…» (DO I, 49).

«Wśród łask, które mi Pan uczynił, otrzymałem i tą, że urodziłem się ubogim. Moi rodzice zawsze pracowali, aby mieć co do zjedzenia. Nigdy nie brakowało nam chleba; ale przyrządzało się raz dziennie polentę; a podczas zimy polentę w mleku…» (z przemówienia z 21 I 1938 r.; DO I, 50).

«Nazywali mnie (w mojej rodzinnej miejscowości, Pontecurone) szefem łobuzów!» (z przemówienia z 20 II 1938; DO I, 52).
Na dobry początek … policzek

Że Karolina Feltri, Matka Alojzego Orione, była chrześcijańską matką, w pełnym znaczeniu tego słowa, nie ma żadnej wątpliwości.

«Miałem matkę – powie później sam ks. Orione, – która nie umiała ani czytać, ani pisać, ale była tak pełna zdrowego rozsądku, że im staję się starszy, tym bardziej spostrzegam się, jaka to była kobieta. Otóż, bardzo często chodziła przyjmować komunię św. i modliła się za nas i za mojego ojca, który nie stracił wiary, ale wychowany w wojsku, i będąc sierotą od dzieciństwa, nie był praktykującym katolikiem. Kiedy moja matka wracała z kościoła mówiła nam:

„Byłam u komunii, albo lepiej, przyjęłam Pana; i modliłam się, najpierw za was, a potem za mnie”. Ach, miłość matki, która odejmuje sobie chleb od ust, aby dać go swoim dzieciom, i nie sprawia sobie ubrań, aby ubrać dzieci, i umiera, aby dać życie dzieciom! Ile matek umarło z tego powodu! Mówiła nam, zatem nasza matka: „Modliłam się za was, przyjęłam Pana, za was a potem za mnie…”» (DO I, 60).

Wszystkie biografie przytaczają ze smakiem pierwsze spotkania Karoliny Feltri z tym, który miał stać się jej mężem, Vittorio Orione. On urodził się 3 grudnia 1825 r. Spędził w koszarach najpiękniejszy okres swojej młodości, w jednym z najbardziej burzliwych okresów naszej ojczystej historii, od 1845 do 1854.

Vittorio Orione, w 1848 r. przechodził przez Pontecurone… ale pozwólmy, aby o tym wydarzeniu opowiedział nam sam ks. Orione:

«To było w 1848 r. i przez Pontecurone przechodzili żołnierze, w drodze na wojnę. Jeden z oddziałów zatrzymał się w miejscowości, i niektórzy żołnierze poszli posilić się w gospodzie, gdzie moja matka pracowała jako kelnerka. Widząc tę dziewczynę, żywo uwijającą się przy stolikach, jacyś żołnierze pozwolili sobie, na zbyt swobodne słowa … Ona wymierzyła policzek najbliższemu, i w milczeniu kontynuowała swoją pracę …

Powiedzieli jej potem, że uderzony nazywał się Vittorio D’Urion (Vittorio Orione). Mój ojciec był jeszcze przez osiem lat żołnierzem. Powróciwszy do Tortony, poszedł do Pontecurone, zobaczyć, czy ta kelnerka jest jeszcze stanu wolnego, myśląc w duchu: „Ta dziewczyna, ma głowę na miejscu!”».

I ożenił się z nią.

Sakrament małżeństwa został celebrowany 11 lutego 1858, kościele kolegiackim Santa Maria Assunta w Pontecurone. On miał trzydzieści trzy lata, ona dwadzieścia pięć.

Zauważono, nie bez zdziwienia, że w tym samym dniu, i prawie o tej samej godzinie, w Lourdes, w nieznanej miejscowości, leżącej we francuskich Pirenejach, Najświętsza Maryja Panna, objawiła się Bernadetcie Soubirous, aby zapoczątkować ten fenomen, który nie wymaga dalszych wyjaśnień: Lourdes!

Także tu, zbieg okoliczności!

Tymczasem, miło jest zauważyć, że zarówno tam, w Lourdes, jak i tutaj w Pontecurone, pedagogika Pana Boga, która wynika z całej historii zbawienia, zawsze jest taka sama: wybór najmniejszych narzędzi, aby sprawiać wielkie rzeczy … Tam najpokorniejsza dziewczynka, analfabetka i chora, a tu para ubogich młodych ludzi, którzy nie posiadali innego bogactwa, poza swoją uczciwością.
Na jego narodziny, róża

Maj 1872 r. Pontecurone.

Karolina Feltri, małżonka Vittorio Orione, oczekuje dziecka. Jest już w ósmym miesiącu, słodkiego oczekiwania i przygotowuje się do wielkiego dnia, tak jak wszystkie mamy chrześcijańskie, modlitwą do Maryi, której polecała pobożnie mające się narodzić dziecko.

Chłopki z Pontecurone, mają zwyczaj gromadzić się w maju, na podwórku jednej rodziny, gdzie namalowany na murze od strony podwórza, wielbi się pobożny obraz Maryi. Przed nim odmawiają różaniec święty. Innym znakiem uwielbienia tych pobożnych kobiet jest dekorowanie świeżymi kwiatami, tego maryjnego wizerunku, jakby dla podkreślenia, także za pomocą tego prostego, kobiecego gestu, głębokie uczucie, które popycha je do tej pobożnej praktyki.

W maju 1872 r. – jak podają przekazy – wszystkie róże tej girlandy uschły, jak to normalnie bywa, oprócz jednej, która zachowała się znacznie dłużej, świeża i piękna.

O fakcie tym doniesiono pobożnemu kanonikowi ks. Michele Cattaneo, w kościele kolegiackim Najświętszej Maryi Panny w Pontecurone.

Przyszedł on na miejsce. Dokonał oględzin. Orzekł:

«Z pewnością jest to znak, że Pan i Najświętsza Maryja Panna, pragną obdarzyć naszą wioskę szczególną łaską».

W następnym miesiącu, w 23 czerwca tamtego roku, mama Karolina szczęśliwie powiła na świat swoje czwarte dziecko, właśnie Alojzego Orione.

Wśród uczestniczących w pobożnej praktyce maryjnej, przed obrazem Maryi, tak jak mówią świadectwa, była także Karolina.

Te dwa zdarzenia zestawiła ze sobą, przez inną mamę, tą od której pochodzi to świadectwo. Ciągła uczestniczka nabożeństw w katedrze, wobec pobożności okazywanej przez kleryka Alojzego Orione, wówczas stróża tej katedry, i dowiedziawszy się, że jest to syn Karoliny Feltri, szybko doszła do wniosku: «Ta róża, która nie uschła zapowiadała narodziny, tego bardzo pobożnego seminarzysty …». Jak można odmówić jej racji?
«Zrobimy z niego generała!»

Niedługo po ślubie, Karolina i Vittorio, zostali przyjęci do pracy jako stróże, a zatem bez obowiązku płacenia za czynsz, zamieszkali w służbówce willi, którą minister Urban Ratazzi posiadał w Pontecurone, znajdującą się na skraju miejscowości, przy drodze prowadzącej do Voghery, na ulicy Głównej nr 56. Ta służbówka to nędzny budyneczek, na wpół zrujnowany, wyglądający bardziej na magazyn, niż dom mieszkalny.

Tutaj urodzili się wszystkie cztery dzieci małżonków Orione, w tym i nasz Alojzy.

Minister Ratazzi przyjeżdżał do Pontecurone, aby spędzać tu letnie miesiące. Lubił po przyjacielsku rozmawiać ze swoimi pracownikami. Z tatą Vittorio, rozmawiał także o przyszłości jego ostatniego syna, Alojzego.

Wziął go na ręce, i poklepując wykrzyknął: «Zrobimy z niego generała!», nie wiemy czy na poważnie, czy żartem. Z pewnością jednak nie okazał się prorokiem. Zupełnie inny plac, niż plac broni, przygotowywał Bóg, dla tego jedenastomiesięcznego chłopczyka.

Śmierć ministra Ratazzi, która miała miejsce w czerwcu 1873 roku, oznaczała dla rodziny Orione, konieczność opuszczenia domku, który zamieszkiwali przez prawie piętnaście lat, ponieważ zmienił się właściciel.

Jedna z najbogatszych rodzin z Pontecurone – rodzina Marchese – wyszła naprzeciw potrzebom biednych wysiedlonych, i zaoferowała im parter swojego domu. Tam zamieszkali Vittorio, Karolina i ich dzieci. Mogli zostać również z obowiązku uiszczania czynszu, cały czas walka z ciągłym ubóstwem, jako że mama Karolina oferowała swą pracę jako służąca, właścicielom domu.

Rytm życia w nowym mieszkaniu, był taki sam jak zawsze. Tata Vittorio w ciągłej wędrówce za swoją pracą brukarza, jako że zaczynał się sezon. Szybko dołączył do niego najstarszy syn, Benedykt.

Mama Karolina cały czas zajęta pracami domowymi, opieką nad dziećmi i dodatkowymi pracami: w dzień pracowała w polu, a w czasie żniw szła na pola zbierać kłosy.

«Pamiętam i dobrze wiem, że moja matka chodziła pracować na dniówki, wychodziła o szóstej i wracała wieczorem; gdy chodziła do gospodarstw, dawali jej osiem soldów[1]. Czy wiecie co to jest sold? Inaczej mówiąc za dniówkę otrzymywała czterdzieści groszy».

To ciągle ks. Orione, który wspomina tę podziwu godną kobietę i to nieustanne ubóstwo swojej rodziny.
Ubóstwo i praca

Ks. Orione bardzo często lubił zatrzymywać się na wspomnieniach o swojej rodzinie, o mamie, tacie, o środowisku, w którym się znajdował i w którym się wychowywał, pozbawionym tych wszystkich rzeczy, które dzisiaj nazywamy „dobrami”, ale obfitującym w zupełnie inne dobra, które dla chłopca zastępują wszystkie inne: dobre wychowanie ludzkie i chrześcijańskie. Tak, że ks. Orione, gdy miał już sławę męża Bożego, przy każdej okazji próbował… obarczyć winą za ten fakt dobremu wychowaniu, które otrzymał od małego w rodzinie.

Jego świadectwa o mamie Karolinie i tacie Vittorio są liczne i ukazują nam dosyć dokładny obraz rodziny Orione, w chwili gdy Alojzy przyszedł na ten świat.

Warto przytoczyć niektóre z tych świadectw. To na przykład, należące do najsłynniejszych i najczęściej przytaczanych.

«Moja matka ubrała mnie, który byłem czwartym dzieckiem, w ubranka mojego najstarszego brata, który był starszy o trzynaście lat; ta biedna kobieta, ubierała w te ubranka trzech braci przede mną; ale zostawiła nam w spadku trochę pieniędzy, które w części poszły na pierwsze sieroty Boskiej Opatrzności; i wychowała nas dobrze i ku podziwowi świata, jak się zwykło mówić: wszystkie szmatki umiała wykorzystać i sporządzała nam z nich ubrankai rodzina triumfowała w uczciwym i ukrytym ubóstwie.

Chcę powiedzieć, że ta biedna stara chłopka, moja matka, wstawała o trzeciej w nocy i chodziła pracować; wydawało się, że kręciła się jak wrzeciono, i cały czas pracowała i robiła wszystko, robiła za kobietę, a ze swoimi synami umiała też postępować jak mężczyzna, ponieważ nasz ojciec był daleko, pracując w Monferrato; pracowała sierpem aby zbierać trawę, i umiała go sama ostrzyć, nie chodząc do szlifierza; tkała płótno z nici, które sama uprzędła, i moi bracia podzielili między siebie wiele prześcieradeł, wiele pięknej bielizny, biedna moja matka! Nawet liczyła połamane noże, i te dostałem w spadku. Nie chodziła nic kupować, chyba że naprawdę musiała.

Aby nauczyć mnie szanować chleb, opowiadała mi fakt z życia Jezusa, który mówi, że zszedł on z konia, aby podnieść kawałek chleba leżący na ziemi. W Ewangelii nie ma o tym mowy, jest to pobożna legenda, ale osiem, czy dziewięć lat temu, czytałem ewangelie apokryficzne i tam go znalazłem. (…) Tam, w ewangeliach apokryficznych odnalazłem to, co moja matka opowiadała mi gdy byłem dzieckiem, aby nauczyć mnie szanować to co otrzymujemy od Boga. (…) Patrzcie jak postępowali nasi święci i kochani rodzice?» (DO I, 70-71).

Zatem widzimy, że mama Karolina pozostawiła w pamięci syna obraz ubóstwa zjednoczonego z pracowitością.
Wiara mamy Karoliny

Pozwólmy, aby opisał ją jej syn, który mówił o niej wielokrotnie.

«Ja i wy, codziennie odmawiamy, tak jak to robią wszyscy dobrzy chrześcijanie, modlitwy; modlitwy nauczyliśmy się na kolanach mamy. Gdy moja mama uczyła mnie modlitw, przypominam sobie, że niektórych nauczyła mnie w dialekcie, tak jak je umiała … Ja miałem bardzo energiczną mamę, która miała swoje wady, ale posiadała także wiele cnót; była to kobieta pełna bojaźni Bożej, która chciała nas, swoich wychować w świętej bojaźni Boga… (DO I, 55).

«Moja matka pozwalała nam modlić się na siedząco tylko wtedy, gdy byliśmy chorzy» (ib).

«Moja mama, także wtedy gdy byliśmy już duzi, ja i bracia, ustalała nam miejsce w kościele: „Ponieważ chcę was widzieć…” Chciała wiedzieć gdzie się stało w kościele i pragnęła także słyszeć nasz głos, gdy się modliliśmy …

A chcąc mnie nauczyć modlić się z wiarą, opowiadała mi ten przykład. Była kiedyś kobiecina, która mieszkała w małej chatce i kiedy udawała się do kościoła na modlitwy i nabożeństwa, klękała z dala od innych, w kąciku, aby się modlić. Nikt nie rozumiał tego co mówi. Którego wieczoru, proboszcz wyszedł na spacer i ujrzał wielką tajemniczą poświatę nad małym domkiem, gdzieś w polu. Skierował swoje kroki w to miejsce i kiedy się zbliżył, wszedł do tego domu i znalazł tam tą staruszkę, umierającą na łóżku, która oczekiwała na księdza z ostatnim namaszczeniem. Wtedy proboszcz rozpoznając w niej tą staruszkę, która modliła się zawsze sama, w wielkim skupieniu i w kącie kościoła, zapytał jej: „Ale co wy w kościele mówiliście Panu? Staruszka odpowiedziała: „Ja nie umiem się modlić; nie umiem czytać ani pisać; zostałam w dzieciństwie sierotą, i jedna stara prababcia nauczyła mnie mówić modląc się na różańcu, te słowa: Socl in sà, socl in là. Socl in sà, socl in là![2] (co znaczy – Kopyto tu, kopyto tam). Ja nie wiem, co znaczą te słowa, ale myślę, że są to słowa, które kapłan mówi Panu, podczas Mszy św., kiedy modli się po łacinie… Ja, gdy potrzebowałam jakiejś łaski, powtarzałam je wiele razy, powtarzałam te słowa z wiarą, i nie ustawałam, dopóki nie zostałam wysłuchana. Zawsze wysłuchiwali mnie Pan Jezus i Maryja. Także teraz modliłam się w ten sposób do Pana, aby przysłał mi kapłana, ponieważ czuję, że umrę tej nocy”. Widzicie? Należy przypomnieć sobie słowa powiedziane przez Jezusa do kobiety chorej od wielu lat, która go dotknęła, myśląc, że nie zauważy: Fides tua te salvam fecit …» (ib, 56).
W szkole mamy Karoliny

Posłuchajmy ks. Orione.

«Niestety zdarza się czasami, jakby dobre maniery nie istniały dla pochodzących z ubogich warstw! Ja również pochodzę z biednej chłopskiej rodziny; ja także pracowałem w polu, gdzie zbierano zboże; ale… nie można w żaden sposób powiedzieć, że jeżeli mamy skromne pochodzenie, nie możemy być grzeczni… Nie mówię, że mamy być zniewieściali czy afektowani. Mój Boże, jeżeli zniewieściali i afektowani mają jakiegoś wroga, to jestem nim właśnie ja! Nie jest prawdą, że jeśli jest się dobrze wychowanym, nie jest się pobożnym. Wy waszej miejscowości, poznaliście osoby prawdziwie pobożne i zarazem dobrze wychowane. Gdzie nie ma pobożności, nie ma też prawdziwej uprzejmości… Z wielką ochotą chciałbym tu przypomnieć moją matkę, biedną kobietę, która nie umiała ani czytać ani pisać; ale wychowała nas tak dobrze, że mogliśmy być na równi z dziećmi księcia.

Moja rodzina mieszkała przez prawie piętnaście lat jako dozorcy rodziny Urbana Ratazzi. Minister ożenił się z księżniczką. Nowi państwo, którzy zamieszkali w willi po jego śmierci, mieli córeczkę, i latem przyjeżdżali spędzać wakacje w Pontecurone; ja i mój brat bawiliśmy się z tą dziewczynką; i państwo chcąc sprawić jej przyjemność zapraszali nas na obiad do siebie; i ta dobra kobieta, moja mama, wychowała nas tak dobrze, że byliśmy stawiani jako przykład w tym domu. Byliśmy tak dobrze wychowani, że nie spoglądaliśmy nawet na to, co inni mają na talerzu i ci państwo wskazywali na nas, dając innym nasz przykład…» (DO I, 73).
W dzieciństwie zbieranie kłosów

Ks. Orione mówił swoim zakonnikom:

«Przybywam teraz z Montebello, i przechodząc przez Pontecurone, widziałem na polach zbierające kłosy, tam gdzie ja jako dziecko je zbierałem; pośród tych samych pól, które mnie widziały jako dziecko… I naszła mnie nostalgia, chęć powrotu do zbierania kłosów… Powinniście w celu wzmocnienia i zdyscyplinowania ducha, w tych dniach poświęcić na zbieranie kłosów, schylić plecy w stronę ziemi…, pochylić w duchu pokory, czoło wobec matki ziemi… My nadajemy zbyt małe znaczenie efektom upału i promieni słonecznych. Rozumie się, że o dziewiątej, czy dziesiątej należy przerwać zbieranie kłosów… Ale wcześnie rano, o trzeciej czy czwartej, trochę zbierania kłosów, będzie dla was z pożytkiem dla ciała i ducha… Mówię to ponieważ dostrzegam dobroczynne efekty słońca i świeżego powietrza. Spójrzcie, że najmocniejsi są mężczyźni i kobiety z wiosek! Ponieważ klimat wiejski wzmacnia… Te myśli przyszły mi do głowy dzisiaj, gdy przechodziłem przez Pontecurone i na nowo zobaczyłem pola, które mnie widziały jako dziecko, gdy zbierałem kłosy wśród ich bruzd… Myślę, że moja siła i wytrzymałość są dobrym skutkiem tej małej dozy pracy fizycznej, którą wykonałem w dzieciństwie… (Z przemówienia z 7-7-1938; cf DO I, 65).
Jarmark św. Dezyderiusza

W Castelnuovo Scrivia, miejscowości bardzo kochanej przez ks. Orione, która była polem jego płodnej posługi kapłańskiej, celebrowało się święto św. Dezyderiusza, i związany z nim jarmark.

Z okazji kazania odpustowego, które głosił sam ks. Orione, przytoczył on przykład ze swojego dzieciństwa.

«Kiedy byłem chłopcem, moja mama powtarzała mi ciągle: „Alojzy, chodź ścinać trawę, to na jarmarku św. Dezyderiusza kupię ci buty…”. I ja z sierpem szedłem wzdłuż rowów i poboczy dróg, razem z nią i zbieraliśmy siano.

Innym razem mówiła mi: „Alojzy, chodź zbierać chrust, i robić wiązki, to kiedy nadejdzie dzień jarmarku św. Dezyderiusza, kupię ci buty… I ja boso, alba w drewnianych chodakach chodziłem nad brzegi Cucone i zbierałem suche gałęzie.

Jeszcze innym razem mówiła mi: „Alojzy, chodź ze mną zbierać kłosy”, i potem dodawała magiczne słowa: „Za nagrodę na jarmarku św. Dezyderiusza kupię ci buty”. I zawsze, gdy chciała abym zrobił coś mającego dla niej jakieś znaczenie, jakąś ofiarę, jakieś wyrzeczenie, o jakie mnie prosiła, to zawsze używała argumentu, że na zaprowadzi mnie Jarmark św. Dezyderiusza i kupi mi buty.

Ja wzdychałem do tego dnia i co jakiś czas się pytałem kiedy nadejdzie ten jarmark… Liczyłem dni. Wystarczy, w końcu nadeszło to błogosławione święto św. Dezyderiusza, i mama zaprowadziła mnie do Castelnuovo, w moich drewnianych chodakach. Trochę na bosaka, a trochę w drewnianych chodakach szedłem z moją mamą. Kupiła mi buty, włożyła na nogi, a chodaki umieściła w torbie… Te buty to była nagroda za wiele wysiłków, wiele trudu…

Jednak, zaledwie wyszliśmy z Castelnuovo, moja mama się zatrzymała i powiedziała: „Słuchaj Alojzy, jeżeli będziesz szedł w nowych butach aż do Pontecurone, to się zniszczą; lepiej jak je zdejmiesz i będziesz używał do chodzenia do kościoła i na święta…”

I w ten oto sposób wróciłem do Pontecurone, z nowymi butami w torbie i bosymi stopami po ziemi.
Polne dzwonki, które dzwonią

Wiemy bardzo dobrze, że opowiadając życie świętych, narażamy się na ryzyko przyczepiania im, już od dzieciństwa aureoli. Aby uniknąć tego niebezpieczeństwa, zdarza się że biografowie… nowocześni, eliminują z życia świętych wszystko to, co ma zapach nadprzyrodzoności, popadając w ten sposób w błąd nie mniejszy, niż ten poprzedni.

Postaramy się uniknąć jednego i drugiego błędu.

Ks. Orione opowiadał wiele razy, i myślę, że należy mu wierzyć, zachwycające wydarzenie ze swojego dzieciństwa.

«Kiedy byłem dzieckiem, pewnego dnia przyszedłem tutaj, na uliczkę, którą do tej pory dobrze pamiętam, tam w głębi druga, czy trzecia na lewo, która przecina pod kątem prostym centralną ulicę Pontecurone, w kierunku Voghery), aby wyjść na spotkanie mojej mamy, która miała wieczorem wrócić z chrustem. Kiedyś tam rósł żywopłot. Miałem wtedy osiem czy dziewięć lat; były ze mną inne dzieci w moim wieku. W pewnej chwili zauważyliśmy, że wśród żywopłotu rosły białe polne dzwonki, te które popularnie nazywa się „dzwoneczkami”; i zaczęliśmy je zrywać. Także ja zerwałem jeden, a potem tak, jakbym służył na Mszy św., na sanctus, zacząłem naśladować ruchy ministranta i potrząsać kwiatem, jak dzwonkami w kościele, i z wielkim moim zdziwieniem, usłyszałem, jak ten kwiatek polny rozbrzmiewa cichym, ale wyraźnym dźwiękiem, tak jakby był z brązu. Nie wierząc swoim uszom, powtórzyłem to jeszcze raz, i znowu kwiat zadzwonił, wzbudzając zdumienie kolegów, którzy mnie otoczyli, zdziwieni że ich kwiaty nie dźwięczą tak samo… Być może Pan, już wtedy chciał, abym zrozumiał, że pragnie abym został kapłanem» (DO I, 144).

Cud? Być może niektórzy się uśmiechną pod nosem…

Ale czy nie jest wspaniałym cudem Bożym fantazja niewinnego dziecka, otwarta na wszystkie rzeczy piękne, wielkie i święte?
Trudny zawód brukarza

To był zawód taty Orione. Gdy Alojzy stał się nastolatkiem i uczęszczał do szkoły podstawowej, nie namyślając się zbyt długo, zabrał go ze szkoły i zaprowadził go na drogi.

Był ktoś, kto w poetycki sposób, podsumował całą duchową przygodę ks. Orione, w tej pracy na drogach, w tym nieustannym wędrowaniu w poszukiwaniu dobra. Mniej poetycko można powiedzieć, że w planach Bożych, także ten okres życia posłużył naszemu bohaterowi, aby wykuć swój charakter mocny, mężny, wytrzymały który trzeba w nim rozpoznać, aby nauczyć się i prawie wcielić twardą lekcję pracy, wielkie prawo, jak on to później sam określi, które uczy żyć, działać i realizować. Wielki realizator jutra, nie zwracający uwagi na cierpienie i nadludzkie wysiłki, kształtuje się tam, na włoskich drogach, pod nieustannym opatrznościowym spojrzeniem Boga, który tak jak biegły artysta, przygotowuje za pomocą uderzeń dłuta, swoje arcydzieła, cyzelując je, dzień po dniu, bez pośpiechu.

Tata Vittorio i jego syn Alojzy, przez pierwsze dwa lata pracowali pod kierownictwem wujka Carlino, który był szefem niewielkiego przedsiębiorstwa w Tortonie. W ten sposób pracowali w wielu miejscach w okolicach Tortony, Voghery, Monferrato, Aleksandrii.

Natomiast w trzecim roku, Alojzy znalazł się w domu kuzyna Giacomo, w Nizza Monferrato, który był właścicielem przedsiębiorstwa, które zatrudniało ośmiu, dziesięciu pracowników i obsługiwało ze czterdzieści miejscowości.

W tym życiu – komentuje ojciec Albero Vaccari, jezuita, przyjaciel ks. Alojzego Orione – w tym życiu, na ulicy, młodzieniec żywił się bardziej niedostatkiem niż chlebem, i przyzwyczajał się do trudu, tak samo jak do niedostatków» (DO I, 186).

Dysponujemy z tego okresu, niektórymi cennymi świadectwami.

«Alojzy był aktywny w swojej pracy, dobry i usłużny. Kuzynka Catering Daffunchio, znajdowała mu również zajęcie w pracach domowych: powierzała mu opiekę nad małymi kuzynami, wysyłała na zakupy żywności, czerpać wodę z miejskiej fontanny, miedzianym wiadrem, które rodzina Orione zachowuje do tej pory. Młodzieniec ukazywał żywy i głęboki zmysł religijny i umiał nawet w dni pracy znaleźć czas ma nawiedzenie kościoła» (ib.)

W tym kontekście przekazuje się również pewien epizod.

W Castelnuowo Calcea, pewnego dnia, w swoim zwyczaju, Alojzy, zaraz po spożyciu skromnego posiłku, podczas przerwy w pracy, udaje się do miejscowego kościoła parafialnego aby się pomodlić, podczas gdy inni wykorzystują wolne chwile na drzemkę, a chłopcy do pomocy bawią się z rówieśnikami.

Pojawia się zakrystianin, który widząc tego młodzieńca, biednie ubranego, o tej niezwykłej porze, na tej niezwykłej czynności, szybko pomyślał, że ma do czynienia z zawodowym złodziejem, który przygotowuje swój złodziejski plan… skierowany pewnie w kierunku dobrze widocznych puszek z ofiarami. Dobry zakrystianin, pełny poczucia obowiązku, nie namyśla się dwa razy i w sposób zdecydowany i przekonywujący skłania do pośpiesznej ucieczki z kościoła intruza, przekonany, że zapobiegł niepowetowanej stracie.

«W tym czasie, gdy mieszkał z nami w Nizza, potwierdza jego krewna, młody syn cioci Karoliny, mógł zawsze uczęszczać do kościoła i przystępować do sakramentów świętych; w soboty po wyczerpującej pracy i trzech, czterech godzinach pieszej wędrówki aby powrócić do Nizza, przystępował do spowiedzi i w niedziele przystępował do komunii św. (ib.)

Nie potrzeba nic dodawać: realizacja w pełni benedyktyńskiego programu, który ks. Orione przyjmie za program swój i swoich duchowych synów: Ora et labora (Módl się i pracuj).
Woda (święcona) w ustach

Z okresu, w którym Alojzy Orione był brukarzem dróg, wraz z ojcem, on sam później opowiadał następujące wydarzenia.

«Znajdowałem się wtedy na terenie diecezji Acqui, jako chłopiec, kiedy pracowałem jako brukarz z moim ojcem. Pamiętam, że kiedy brukowaliśmy plac przed jakimś kościołem, miałem kolegów, którzy bluźnili i przeklinali. Je kilka razy zwracałem im uwagę; ale potem zostawiłem ich w spokoju, ponieważ zauważyłem, że bluźnili aby mi zrobić na złość» (DO I, 187).

W Cassine Monferrato, mam swoje prawa, powiedziałem to proboszczowi w tej miejscowości. Bruk tam, dużo mi zawdzięcza; mój ojciec go ułożył, a ja donosiłem mu kamienie. Stamtąd udaliśmy się do Nizza, w pobliże kościoła św. Jana. Mój tata zatrudnił robotnika, który uderzywszy się w palec, zaczął bluźnić i przeklinać. Ja tak przestraszyłem się tych bluźnierstw, że pobiegłem do kościoła św. Jana: włożyłem dłonie do kropielnicy i wodą święcono obmyłem sobie język» (ib, 188).

To samo wydarzyło się w Castelnuovo Calcèa. Ksiądz Orione opowiada:

«Miałem trzynaście lat. Był tam robotnik brukarz pochodzący z Biellese, który czasami bluźnił; wtedy pamiętam, że pobiegłem do kościoła umyć sobie usta wodą święconą, i modliłem się do Pana, żeby sprawił, abym nigdy nie przeklinał» (ib.,9).

Zaraz po tych słowach dodał: «Potem rozpoczął się miesiąc maj; w parafii był piękny ołtarz, bardzo pięknie ozdobiony, długimi, przepięknymi girlandami białych kwiatów; i ja uciekałem w godzinach w wolnych od pracy, przed ten ołtarz, aby modlić się do Najświętszej Dziewicy, aby sprawiła, abym stał się księdzem, tak jak to było moim marzeniem od zawsze…» (ib).
Wojna próżniakom

Późne popołudnie słonecznego dnia.

Podczas gdy polowe prace, jeszcze się nie skończyły, rozpoczyna się na drogach wioski typowy hałas dnia, który ma się ku końcowi: przejeżdżają wozy, chłopi zaganiający do zagród zwierzęta, gospodynie objuczone bożymi darami, które podążają z pośpiechem do domów, dzieci wybiegające ze wszystkich stron, nawołujące siebie głosy. To obraz pracowitości tych ludzi silnych i prostych.

Ale na placu, blisko apteki, jest grupka próżniaków, którzy cieszą się życiem, trochę się nudząc, siedzą na wygodnych krzesłach, i nie obchodzi ich ten cały ruch, który ich otacza i kontrastuje naprawdę bardzo z ich postawą hulaków. Jest tam miejscowy lekarz, jest aptekarz – można by rzec, sztab generalny – jest tam także ksiądz prałat. Czy możliwe jest, że niezauważaną rozdźwięku między swoim obrazem leniwych ludzi, tym zabijaniem czasu, nic nie robiąc, podczas gdy wszędzie wokół panuje prawdziwa atmosfera pracowitości i żywotności? Ludzie szemrzą, patrzą wzburzeni… I odchodzą dalej, zerkając ukradkiem.

Ale oto nieoczekiwanie, nie wiadomo skąd, wybiega chłopiec, cały rozogniony. Nie znalazł się tam przypadkowo. Widać od razu, że ma swój precyzyjny cel. Oczy mu błyszczą, a na jego twarzy skrzy się inteligencja. W ręku trzyma wielką gałąź z liśćmi: jakby trofeum zwycięstwa.

Zaledwie dobiega do towarzystwa próżniaków, realizuje swój plan, nie wiadomo od kiedy przygotowywany i przestudiowany w szczegółach. Opuszcza na ziemię gałąź, której liście zmieniają się w porządną miotłę i potem rozpoczyna bieg, na pełnej kurzu drodze, przebiegając w tę i z powrotem, przed tymi panami. Wielki obłok kurzu podnosi się z drogi. Jakieś wzburzone słowa, przekleństwa. Ale chłopak już uciekł. Posiedzenie się kończy obietnicą sprawiedliwej zemsty…

Zrozumieliście. To był on: Alojzy Orione.

Wilczki[3](i lupini )nauczycielki Quarlieri

Wspomnienie z krótkiego okresu szkolnego naszego bohatera. Posłuchajmy jego żywej opowieści.

«Pamiętam, gdy byłem chłopcem i w naszej miejscowości uczęszczałem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, miałem nauczycielkę, która nazywała się Angiolina Quarlieri. Jej mąż Giuseppe Quarlieri; był niedokończonym zakonnikiem i niedokończonym inżynierem, chodził pijany od rana do wieczora; człowiek wina, upijał się a potem wyładowywał bijąc tą biedną kobietę, drobną, dobrą, spokojną…

We wsi o tym dużo mówiono, ponieważ kiedy ją bił, wszyscy słyszeli… uderzenia we własnych domach. W mojej wiosce, kiedy nadchodziła burza, mówiono: „Słyszycie, diabeł bije swoją żonę”. Nauczycielka opowiadała nam wiele o swoich cierpieniach, i my mali czuliśmy potrzebę zachowania spokoju, aby ją podnieść na duchu i pocieszyć z cierpień, które sprawiał jej mąż.

Zatem opowiadała nauczyciela Angiolina Quarlieri w pierwszej klasie szkoły podstawowej, historię o łubinie. Chciała z pewnością nauczyć nas, abyśmy nie narzekali na nasze życie, ponieważ jeżeli spojrzymy wokół, spostrzeżemy wiele osób znacznie bardziej doświadczonych przez los, i potrzebujących pomocy. Oto historia, którą nam opowiedziała. Był kiedyś człowiek, który idąc drogą jadł łubin (i lupini)… A jako że, nauczycielka myślała, ma wszyscy znamy łubin, nie wytłumaczyła nam, co to jest. Ja myślałem, że ten człowiek zjadał szczenięta wilka (i lupini); tym bardziej, że nauczycielka opowiadała, wyrzucał skórę za siebie. Jaki olbrzym musiał być, myślałem sobie, z tego człowieka, który zjadał tak wiele wilków, małych wilczków, na surowo, i wyrzucał ich skórki za siebie… W pewnej chwili, ten człowiek obejrzał się za siebie, i zobaczył, że za nim podąża, inny człowiek, ubrany znacznie biedniej od niego, który zbierał te skórki, które on wyrzucał i je zjadał. Wtedy zrozumiał, że nie powinien więcej narzekać, i znosić cierpliwie wszystkie małe braki tego co niezbędne, rozmyślając, że istnieją jeszcze bardziej biedni od nas, którzy cierpią i więcej od nas…

Być może nauczycielka, tłumaczyła co to jest łubin; ja jednak pamiętam, że nie rozumiałem co to jest, i myślałem że chodzi o młode wilczki. Myślałem sobie, co za żołądek musiał mieć ten człowiek, aby zjadać skórę, co więcej wiele skór małych wilków!

Aż pewnego dnia, w Valdocco, kiedy uczyłem się botaniki, tylko podstaw, odnalazłem wśród roślin strączkowych, te nieszczęsne lupini – łubin i zrozumiałem, że nie chodzi o szczenięta wilka o czterech łapach… Wtedy przypomniałem sobie o tym ubogim podróżnym z opowiadania nauczycielki, i sam wywnioskowałem morał. Znajdując się wiele lat potem w Rzymie, w kolonii Monte Mario, ks. Albera powiedział do mnie, „Choć pokażę ci łubin…” I opowiadał mi o nim wiele rzeczy. Podczas gdy mówił, ja który wówczas po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem łubin, milczałem aby nie wypaść na ignoranta.

No cóż, przyjmijmy z Bożej ręki niedostatki, i przekonajmy się, że gdy obejrzymy się wokół, ujrzymy wielu ludzi, którzy znajdują się w gorszej sytuacji od nas! Musimy pokutować, jeżeli pragniemy się zbawić. Obejrzyjmy się wokół, obejrzyjmy się wokół…» (DO I, 158).

* Już w 1945, wyszło drugie wydanie książki Alberto Graventa, Fioretti di don Orione – Ricordi personali, Vigevano, dziś nieosiągalne.
[1] Soldo –moneta włoska wartości pięciu groszy – jednej dwudziestej włoskiego lira, w obiegu do początku drugiej wojny światowej. przyp. tłum.
[2] Słowa w dialekcie – w języku włoskim Zoccolo di qua, zoccolo di là. Widocznie kobieta nie znała tego dialektu – przyp. tłum.
[3] Nieprzetłumaczalna gra słów w języku włoskim: il lupo – wilk, il lupino wilczek, i lupini – wilczki (szczeniaki wilka) ale również słowo to oznacza po prostu łubin(Lupinus leteus) – roślinę z rodziny bobowatych, której jak widać z tekstu, Alojzy Orione wówczas nie znał. – przyp. tłum.