Chrystus w szklance z uszkiem

29 września 2014  By Redakcja Orione.pl


Codzienność daleko za granicą nędzy, modlitwy Symeona z Afryki, „nawiedzone miejsca”, umierające z głodu matki z dziećmi, HIV, tyfus, malaria, bitwy na łuki i strzały czyli… misje bez lukru. Rozmawiamy z siostrą Alicją Kaszczuk ze Zgromadzenia Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia. Miejsce: Laare/Kenia.

Misja_Laare20

[Grzegorz Kiciński, Orione.PL:] Pytanie na podniesienie ciśnienia: po co się jeździ na misję do Afryki? Załatwić wodę, podłączyć prąd, zorganizować jedzenie i leki?
[s. Alicja Kaszczuk – na zdjęciu:] Misja jest zawsze ta sama. Dał nam ją Chrystus: „Iść na krańce świata i głosić Jego miłość”. To jest jedyna misja. Zmieniają się okoliczności i miejsca, ale treść i sens misji jest zawsze ten sam: głosić Jezusa Chrystusa. My – zgodnie z charyzmatem ks. Orione – jedziemy do Afryki szukać tych najbiedniejszych. Czasem nie zdążymy. Tylko w tym roku zmarło u nas pięcioro dzieci, w tym troje z głodu. Jedno z dzieci zostało otrute przez sąsiadów. Było niewidome a jego rodzice zmarli. Sąsiedzi myśleli, że jest opętane i przeklęte i jest przyczyną tragedii rodzinnej. Owszem, dla nas codzienność to walka z głodem, z brakiem wody, z brakiem edukacji. Pośród tych walk głosimy jednak Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego. W naszej szkole większość dzieciaków po raz pierwszy spotyka się z szacunkiem, bezpieczeństwem, troską, godnością. Horyzonty dzieci żyjących w nędzy kończą się zazwyczaj na kolbie kukurydzy na polu. Do chrześcijaństwa idzie się ścieżką dnia codziennego, pośród codziennych trudności, np. szukając wody. Żyjemy pośród nich, pokazując, że oparci o Boga, mogą wszystko. My sami z siebie nie możemy nic.

Afryka – magiczny kocioł. Jak przebić się z nowiną o Chrystusie przez wielowiekowe uprzedzenia, obecny niemal na każdym rogu szamanizm i wiarę w magię?
Podstawą jest autentyczność. Po prostu jesteśmy i robimy swoje. Ludzie zaczynają się zastanawiać, dlaczego w ogóle tam jesteśmy, dlaczego się nimi interesujemy, dlaczego wchodzimy tam, gdzie nikt nie chce iść.

A gdzie np. wchodzicie?
Np., gdy cała wioska mówi „Siostro nie idź tam, bo tam są złe duchy”, pytam: „Dlaczego uważasz, że tam są złe duchy?”. „Bo cały czas coś tam piszczy” – pada odpowiedź. Wchodzę a tam piszczy dziecko, bo robaki wyjadły mu uszy. Położony na liściach bananowych w chałupince z krowiego łajna, która się rozlatuje, gdzie matka leży obok już zupełnie bez sił, umierając z głodu i nie mogąc nawet wynieść swojego dziecka na zewnątrz. Wcześniej karmiła siebie i dziecko tym, co ludzie wyrzucali dla kur. Sąsiedzi odwracali się od niej, bo uważali, że w jej domu jest coś nienormalnego. Dziś to dziecko chodzi do szkoły i biega zadowolone po naszej misji. Gdybyśmy tam nie weszły i nie zawiozły dziecka do lekarza, umarłoby na pewno.

Misja_Laare02

Z Afryki docierają do nas przerażające historie, opis wojen i prześladowań. W Laare nie ma takich problemów?
W wiosce żyjemy w miarę bezpiecznie. Inaczej jest 30 km dalej, na sawannie, gdzie mieszka nasze plemię Samburu, które żyje sobie spokojnie jak nomadowie. Niestety często jest napadane przez ludy somalijskie, które przychodzą, żeby walczyć o dostęp do wody. Zwykle jest tak, że gdzie jest źródło wody, tam pojawiają się konflikty. Zdarzało się, że przywożono nam po kilkunastu rannych wojowników Samburu poranionych strzałami. U nas Wi-Fi, wolontariusze z laptopami, a 30 km dalej bitwa na łuki i strzały. To może i śmiesznie brzmi, ale wcale nam do śmiechu nie było. Uciekając z bydłem, mężczyźni zostawili na sawannie kobiety i dzieci. Przez wioskę przez kilka dni nie dało się w ogóle przejść, ponieważ szły tak wielkie stada bydła. Aby przedostać się na drugą stronę ulicy, trzeba było przechodzić pod wielbłądami. To był moment krytyczny. Biskup i proboszcz pojechali do tych wojowników, żeby namówić ich na powrót do żon i dzieci, bo pod ich nieobecność kobiety były najczęściej gwałcone przez obce plemiona.

Do chrześcijaństwa idzie się ścieżką dnia codziennego, pośród trudności, np. szukając wody. Żyjemy pośród nich pokazując, że oparci o Boga, mogą wszystko. My sami z siebie nie możemy nic.

30 km od konfliktu to nie jest wcale daleko.
To fakt. Pogranicze z Somalią to zarzewie wielu konfliktów i tak się składa, że najczęstszym celem ataków terrorystycznych są kościoły katolickie. Gdy narasta zagrożenie, służby przeszukują każdego, kto wchodzi do kościoła. Nawet siostry. Na ulicy zatrzymują samochody, autobusy, sprawdzają wszystkich. Ataki bombowe zdarzały się także w kościołach wiejskich. Podczas jednej z takich akcji, z zaostrzonymi środkami ostrożności, władze ogłosiły apel, żeby zwracać szczególną uwagę na osoby, które są nieznane i dziwnie się zachowują lub niosą jakieś zawiniątka. W wioskach wszyscy się znają, więc taki apel jest skuteczny. Wystarczy, że pojawia się ktoś obcy i od razu jest obserwowany. Podczas jednej z liturgii pojawiła się kobieta, której nie znaliśmy. Trzymała coś pod chustą. Wiedzieliśmy, że coś ma. Podczas ofiarowania, gdy składamy dary do ołtarza, każdy daje księdzu do rąk to, co chce. Czasem jedzenie, czasem jakieś pieniądze. Zobaczyliśmy, że ta kobieta nagle ruszyła w stronę księdza i był taki moment grozy. Boże, co ona tam ma! Nikt nie zdążył zareagować i nagle wyciągnęła spod chusty…

A jednak bomba!
Nie… to było małe dziecko. Może miało trzy tygodnie. Emocje opadły. Ksiądz pobłogosławił ich, ona odeszła na bok, my z siostrą Amabilis za nią. Szybko wzięliśmy dziecko, żeby je ratować. Wyglądało dramatycznie. Od urodzenia nie miało zmienianej pieluszki, odparzenia na nogach, owrzodzenia na podniebieniu. Matka nie mając co dać dziecku jeść, gryzła trzcinę cukrową i dawała mu do ssania. Wg karty urodzenia, którą ta kobieta miała przy sobie, dziecko na początku ważyło 3,5 kg. Gdy trafiło do nas, miało już tylko 1,6 kg. Nie było nawet chwili do namysłu. Wbiegliśmy do kaplicy oddać dziecko Chrystusowi i ruszyliśmy do szpitala. W jednym nas nie przyjęli. Dopiero w drugim się udało. Zostawiliśmy ją tam, lecz dziewczynka zmarła po trzech czy czterech dniach. Potem dowiedzieliśmy się, że miała HIV. Organizm nie dał rady tego wszystkiego unieść.

Dużo takich przypadków siostra widziała?
W sumie to już kilkanaście razy wiozłam do szpitala dziecko w stanie krytycznym spowodowanym głodem. Kilkoro z nich udało się uratować. Np. Michela miała trzy latka i ważyła tylko sześć kilo. Lekarz powiedział, że dziewczynka może przeżyć tylko, jeśli ktoś wierzy w cuda. Miała tyfus, malarię i coś jeszcze i nie można było jej zacząć podawać leków, póki czegoś nie zje, a ona już jeść nie potrafiła. Przez cały dzień ta mała jadła pół zmiażdżonego jajka. Co chwilę wymiotowała. Następnego dnia próbowaliśmy nakarmić ją odrobiną zmielonej wątróbki. I znów to samo. Po tygodniu walki zaczęła przyjmować leki, a dziś chodzi do szkoły i biega, choć wówczas nie potrafiła nawet chodzić, była siwa jak gołąbek i nie podnosiła już powiek. Jej pięcioletnia siostra miała tak wielką opuchliznę głodową, że nie było widać nawet oczu. Dziś uczy się bardzo dobrze. Każde z dzieci w naszej misji to oddzielny cud. Oddzielny fakt, że niemożliwe stało się możliwe. Trudno to wszystko tak opowiedzieć.

Misja_Laare18

Nie boi się siostra, że ludzie, których siostra wykarmi będą w misji tylko po to, żeby nie umrzeć z głodu?
Dlaczego mam się bać? Czego? Ja jestem tylko narzędziem a Bóg troszczy się o wiarę tych, z którymi jesteśmy. To fakt, że w pierwszej kolejności ratujemy od śmierci głodowej, ale jesteśmy przede wszystkim po to, by ratować dusze. Swoją drogą, Chrystus karmił tłumy, ale jest też wiele momentów, kiedy sama obecność Jezusa Chrystusa prowokowała i zmieniała rzeczywistość. Gdy pojechałam do Laare po raz pierwszy i weszłam do kościoła nie miałam pewności co ci ludzie tam robią. Na stole, który pełnił rolę ołtarza, pomiędzy dwoma nadpalonymi świeczkami, stała szklanka z uszkiem, a w niej biały opłatek. To była pierwsza adoracja, którą tam zobaczyłam. Pamiętam mieszane uczucia: najpierw wzruszenie postawą tych ludzi a potem… też zaczęłam adorować Chrystusa w szklance z uszkiem, choć autentycznie bolało mnie, że nie mogę dać Mu bardziej godnego miejsca. Po dwóch latach dostaliśmy list od znajomego księdza, że jakiś kapłan chce nam dać pieniądze właśnie na monstrancję. Gdy przyjechałam z tą monstrancją z Polski zrobiła się z tego ogromna uroczystość, tłumy w kościele, zrobiliśmy wielką procesję przez całą wioskę.

Pomiędzy dwoma nadpalonymi świeczkami, stała szklanka z uszkiem, a w niej biały opłatek. To była pierwsza adoracja, którą tam zobaczyłam.

Przez całą wioskę? To ilu tam macie katolików?
W samym centrum Laare, gdzie domy są murowane lub z desek, żyje ok. 8000 ludzi. W okolicznych wioskach natomiast, gdzie większość żyje w warunkach tymczasowych, której domy rozpadają się po każdej porze deszczowej, żyje kolejne 15 000. Centrum stanowi kościół, lecz posiadamy też 11 kaplic dojazdowych, do których każdej niedzieli próbują dotrzeć kapłani. Jeśli nie uda się dotrzeć kapłanom, idą tam siostry, żeby zrobić liturgię słowa i udzielić komunii świętej. W parafii mamy trzech kapłanów. Mamy też trzy szkoły średnie z internatem. Odpowiadając na pana pytanie, szacuję, że katolików na naszym terenie jest może 4%. Są tu też muzułmanie, protestanci i 20-30 kościołów lokalnych. Czasem wystarczy, że ktoś w garażu ma wzmacniacz i mikrofon i już zwołuje ludzi do swojego kościoła. Na Boże Ciało postanowiliśmy zrobić procesję, jak w Polsce. Dzieci były ubrane na biało – trochę z szaleństwa, bo pocięłyśmy na tę okoliczność moskitiery. Te bielanki sypały kwiatki, a za Jezusem w monstrancji tego dnia poszły tłumy. W kościele się nie pomieściliśmy i od tego dnia rozpoczęła się w każdą niedzielę adoracja. Od 16 do 18. Chętnych było ciągle tak dużo, że sami ludzie postanowili wybudować świątynię, żeby wszyscy mogli się zmieścić. Powstała też kapliczka z kamienia łupanego, w której trwa całodobowa adoracja Najświętszego Sakramentu. A wszystko zaczęło się od tej manifestacji wiary w procesji z monstrancją od polskiego księdza. To był cud. Łaski, które wówczas rozdawał Chrystus, przyciągnęły do kościoła bardzo wiele osób.

Generalnie liturgie afrykańskie są bardzo głośne i żywe. Jak to pogodzić z adoracją?
W samej kaplicy adoracji jest cicho i to jest zadziwiające, bo ludzie bardzo lgną do tego miejsca. Także z innych kościołów. Wchodzą i po prostu u nas zostają. To tajemnica żywego Chrystusa Eucharystycznego. On po prostu jest a jak jest Chrystus to czego się bać, o co martwić?

Jak docieracie do tych 11 kaplic? Urządzacie mini-rajd Paryż-Laare?
Nic z tych rzeczy. Zdecydowaną większość podróży odbywamy pieszo. Średnio 8-10 km. W porze suchej idzie się łatwiej. Do wiosek Linjoka i Nukununu trzeba iść pod górę. Wychodząc rano, wracamy na adorację na 16.

Ile butów już siostra zdarła?
W ciągu roku? Jakieś pięć par.

Sandały?
Nie, w sandałach raczej się nie chodzi, bo mamy tu tzw. pchłę piaskową. To taki robaczek, który jest szczególnie dokuczliwy w porze suchej. Gdy dostanie się pod skórę, składa jajeczka. Jak się to potem wszystko wykluje, zaczyna ci zżerać stopy, a jak się tego w porę nie wyciągnie to może być dramat. My już się przyzwyczaiłyśmy i czujemy kiedy trzeba zadziałać.

Ale ile razy taki robaczek was dopada – dwa, trzy razy w roku?
Słucham? Średnio raz na dwa dni. Ale to normalne i nie ma się czym przejmować. Dzieciaki dzieciakom to wyjmują. Łamią patyk, nacinają skórę i wyjmują robaczka. Robaczek nazywa się jiggers i nie ma co się nad tym tematem rozczulać. Są większe problemy.

To tajemnica żywego Chrystusa Eucharystycznego. On po prostu jest, a jak jest Chrystus to czego się bać, o co martwić?

Aż boję się zapytać jakie.
Nam osobiście najbardziej utrudnia życie malaria i tyfus. Ten drugi nie jest taką odmianą, którą znamy z podręczników historii, na który umierało się w czasie wojen. U nas tyfus to jest taka „zwykła salmonella”. W Polsce zapewne zamknęliby szkołę i posypałyby się mandaty, a u nas niemal codziennie ktoś ma problemy żołądkowe, ponieważ tak naprawdę pijemy tu to, co spadnie z nieba, czyli deszczówkę. Zanim wpadnie do naszego pojemnika, najpierw przepłynie przez dach i rynnę, które w porze suchej są strasznie zakurzone. Aby się napić, trzeba najpierw przecedzić wodę od mułu. Gdy nie ma dostępu do wody, przynosimy ją z rzeki, która przepływa przez cudowny Park Narodowy w Kenii. Koryto rzeki znajduje się jakieś 10 km od nas. Problem w tym, że woda z tego parku jest zanieczyszczona przez zwierzęta mieszkające w granicach parku. Zanim zatem nabierzemy wodę sprawdzamy, czy przypadkiem nie przeszły przez nią słonie lub czy nie posiada „innego koloru”. Do najbliższego źródła natomiast mamy 30 km. Gdy nie ma wody w rurach, gdy wysychają wszystkie strumyki, ludzie idą te 30 km, śpią nad źródłem i następnego dnia wracają z wodą. Były takie momenty, gdy dawałam półtoralitrową butelkę wody każdej siostrze ze słowami: „Kochanie, co wypijesz dzisiaj to twoje, a w reszcie musisz się umyć”. Mycie polega wówczas na tym, że moczy się ręcznik, obmywa się twarz i ręce i… ufa się, że następnego dnia będzie woda. W tym roku tego problemu nie było, bo przedłużyła się pora deszczowa, ale za to był dramat z jedzeniem, bo gdy pada, trudno jest zebrać plony. Rok temu jednak ogłoszono stan klęski żywiołowej, ponieważ przedłużyła się pora sucha. Zrobił się wielki problem, bo padało bydło na sawannie. Wielbłądy, krowy i kozy dla ludzi tam mieszkających to podstawowy pokarm. Dla mężczyzny mieszkającego na sawannie ważniejsze jest to bydło niż rodzina, bo on za bydło może sobie kupić kolejne żony.

Tak z ciekawości – ile krów trzeba mieć, żeby otrzymać żonę?
Młoda żona kosztuje 20 krów, ale to nie jest takie hop-siup. Przyszły mąż idzie najpierw do rodziców danej kobiety i pertraktują. To normalna licytacja. Przelicza się wówczas wszystko. Np. w związku z tym, że dziewczyna od dziecka spała pod kocem, trzeba wypłacić równowartość kocy, które ona „zużyła” przez całe życie, podobnie oblicza się ile wypiła mleka, a już „nie daj Boże”, jeśli taka dziewczyna skończyła szkołę, bo wówczas „do rachunku” dolicza się inwestycję w edukację. Oczywiście całość sumy należnej rodzicom trzeba im przekazać zanim małżonkowie zamieszkają razem.

Misja_Laare23

Wróćmy do tematu. Zaczęliście ostatnio budować szkołę na sawannie. Kolejny szalony pomysł.
To że budujemy szkołę na sawannie nie powinno dziwić, bo dzieci mają stamtąd do najbliższej placówki 18 km i pokonują tę odległość codziennie. Gdy jest susza, idą do szkoły bo w niej nie umrą z głodu. W porze deszczowej natomiast bardzo często zamiast do szkoły, rodzice wysyłają dzieci do pasania bydła. Ta szkoła jest tam konieczna.

A czego w takiej szkole można się nauczyć?
Uczymy angielskiego, suahili, matematyki, nauk przyrodniczych i religii. W całej Kenii obowiązują egzaminy państwowe, więc nie jest to ważne gdzie dziecko zdobyło wiedzę: czy siedząc na piachu, czy w sali z tablicą interaktywną. Szanse są oczywiście nierówne i po ludzku dramatycznie niesprawiedliwe, ale robimy co możemy.

A co udaje się osiągnąć w ramach tego „robimy co możemy”?
Na sawannie poziom nauczania jest bardzo niski. Brakuje nauczycieli. Na 130 osób czasem uda się skompletować trzech nauczycieli. Gdy zorientujemy się, że wśród dzieci znajduje się ktoś wybitniejszy, posyłamy go do szkoły z internatem, o bardzo wysokim poziomie, gdzie nie każdy może się w ogóle dostać, również ze względów finansowych. Wiadomo jednak, że po takiej szkole mają realne szanse, by dostać się do narodowej szkoły średniej. Takich dzieci posłaliśmy już ok. 30. Zadał pan pytanie, na które należałoby odpowiadać godzinami, bo czasem sam fakt, że dziecko w ogóle dojdzie do szkoły jest olbrzymim sukcesem, choć nie lubię używać tego słowa. To jest cud. Niektóre z tych dzieci mają za sobą dramatyczne historie.

Dawałam półtoralitrową butelkę wody każdej siostrze ze słowami: „Kochanie, co wypijesz dzisiaj to twoje, a w reszcie musisz się umyć”. Moczy się wówczas ręcznik, obmywa się twarz i ręce i… ufa się, że następnego dnia będzie woda.

Poproszę choćby jeden przykład.
Jedno z naszych dzieci skończyło ostatnio szkołę podstawową i było na 7. pozycji w całej Kenii, ale teraz do głowy przychodzi mi inny przykład. Muchui – Ambrose. Dziecko ulicy. Mieszkał pod samochodem i żywił się tym, co ludzie wyrzucili z bazaru, mango i innymi owocami. Pewnego dnia zapukał do misji o trzeciej nad ranem i po prostu powiedział, że jest głodny. Miał wtedy 5 lat. Przez cały dzień z księdzem proboszczem szukaliśmy po wioskach krewnych chłopca aż wreszcie, kilka kilometrów od misji, odnaleźliśmy jego dom rodzinny.

Misja_Laare01

Happy End. Gratuluję.
Ale to nie koniec. W tamtym momencie nie było mi do śmiechu. Powiedziałam, że odnaleźliśmy jego dom rodzinny, ale w pamięci mam jeszcze jego obraz: kilka kawałków desek połączonych starymi workami po cemencie. Znaleźliśmy tam też rodzeństwo Ambrose. Same. Rodziców nie było. Zaczęliśmy wywiad środowiskowy po sąsiadach. Ojciec w więzieniu, matka uciekła. Ambrose do momentu, aż nauczył się chodzić, żył w kurniku. Jadł to, co kury i czasem to, co ktoś mu jeszcze dał. Pewnego dnia coś mu się stało w głowę i kury zaczęły mu tę ranę wydziobywać. W tej chwili ma bliznę o długości 15. centymetrów. Gdy nauczył się chodzić, zaczął się tułać od sąsiada do sąsiada, aż dotarł do bazaru, który daje przeżyć wielu dzieciom, bo zawsze ktoś się zlituje i da jakiś owoc. Po wielu perypetiach udało się go umieścić w szkole z internatem. Teraz jest wybijającym się uczniem i o głowę bije najlepszych z naszych parafialnych szkół. Tych historii, jak już wspomniałam, jest tak wiele…

Z czego tutaj ludzie żyją?
Różnie. Ogromnym problemem jest u nas roślina o nazwie miraa. To narkotyk. Należy dodać – legalny narkotyk. Są z tego ogromne pieniądze, które jednak przywłaszczają sobie jedynie mężczyźni. Wielu z nich stać na pieczoną kozę w restauracji, albo żeby wyjechać do Mombasy i żyć tam na najwyższym turystycznym poziomie nawet przez dwa tygodnie, po czym wracają, znowu zbierają narkotyki, sprzedają i znowu jadą się bawić. Tradycja plemienna okolicznych ludów – co nam nie mieści się w głowach – utwierdza mężczyzn w przekonaniu, że tylko kobieta jest odpowiedzialna za budowanie domu, wychowanie i nakarmienie dzieci. Mężczyźni mają utrzymać siebie samych. Często jest tak, że wyjeżdżają sobie na wakacje do Nairobi czy Mombasy po czym wracają z AIDS i zarażają swoje trzy-cztery żony. 75% wioski jest zakażone HIV. Leki są wprawdzie za darmo, lecz by one skutkowały, człowiek musi jeść, inaczej leki wykończają organizm dziecka. Jeśli rodzice umierają na AIDS, chore sieroty wysyłamy do sióstr, które prowadzą dla nich specjalny ośrodek, w którym mogą żyć do 18. roku życia.

Muszą jeść – a mają co?
Właściwie codziennie jemy to samo, czyli gotowaną fasolę i kukurydzę. Jest jeszcze sukuma, coś jak nasza kapusta, którą wkraja się do fasoli i kukurydzy dla urozmaicenia. Fasola na szczęście jest bardzo bogata w składniki odżywcze. Choć mają wiele bydła, nie jedzą dużo mięsa. Czasem od święta trafi się coś pieczonego. Nawet jednak, gdy mamy np. pół worka ziarna fasoli lecz nie ma wody, nie ma szans na posiłek, ponieważ wszystko jest strasznie twarde. Ludzie wówczas bardzo często głodują nad jedzeniem.

Siostry też?
Przez pierwsze dwa lata to była dla nas właściwie codzienność. Niemal od początku opiekowaliśmy się kilkunastoma dziećmi i trzeba było żebrać o miskę ryżu. Potem mieliśmy nawet piekarnię, którą wybudowali nam Włosi. To na początku było wielkie błogosławieństwo, ale gdy brakowało wody, zaczęły się problemy, bo bez wody w ogóle nie da się piec chleba i wszędzie jest tak strasznie brudno. Jak sobie radzić z brudem, z myciem naczyń i rąk, gdy nie ma czym zwilżyć ust? Do tego dochodziła kradzież. Gdy ludzie byli głodni, nie zwracali w ogóle uwagi na nic, nie zastanawiali się czy będą mieli jutro pracę, lecz po prostu wynosili do domu tłuszcz, cukier czy mąkę i nie było z czego piec, a straty duże. Coraz częściej z małego utargu, który udało się zrobić, kupowałam w pośpiechu trochę fasoli, żeby dzieci nie głodowały następnego dnia. Pierwsze lata żyliśmy też bez prądu. Wszystko się waliło: piekarnia nie była rentowna, wszędzie brud, dzieci głodne a w dodatku wyrzucano je ze szkoły, bo przychodziły bez butów, na które nie było mnie stać.

Misja_Laare21

A nie można było gdzieś pojechać i prosić o pomoc?
Nie za bardzo mogłam, bo nie było nas stać na bilet do miasta. To był jednak dla mnie błogosławiony czas. Siostry z Kenii, które wyszły z takich warunków, bardzo dużo mnie wówczas nauczyły, bo dla nich to nie było nic nowego: brak prądu, brak wody, brak jedzenia, brak wszystkiego. Dla nich ugotować wodę na trzech kamieniach nie było niczym szczególnym. Mi było trudno. Prasowałam sobie habit metalowym kubkiem z wrzątkiem. Denkiem robi się to idealnie. Polecam. Po roku, za pierwsze pieniądze, które otrzymałam z Polski na Boże Narodzenie, kupiłam sobie… modem do internetu, żeby skontaktować się ze światem.

Niech zgadnę – pierwsze słowa brzmiały: ratunku, pomocy!
No prawie. Zaczęłam wysyłać apele do wszystkich znajomych, ze szkoły, z podwórka. Kogo tylko sobie przypomniałam. Opowiadałam o dzieciach, czego potrzebują i całe to towarzystwo skrzyknęło się i pomoc zaczęła napływać a później opatrznościowo weszliśmy w kontakt z ks. Januszem Nowakiem z Fundacji Ks. Orione Czyńmy Dobro, która miała już doświadczenie we współpracy z Afryką, ponieważ księża Orioniści prowadzą ośrodek dla upośledzonych w Kaburugi.

Gdyby siostra miała zrobić tabelkę z dwoma kolumnami i w jednej napisać: tak było bez przyjaciół z Polski, a w drugiej – tak jest dzięki przyjaciołom…
Pięć lat temu zaczynałam z dwudziestką dzieci. Dzisiaj tych dzieci jest 700. Każde z nich poszło do szkoły. Na początku kupowałam tylko kilogram ryżu, teraz jest go siedem worków a do tego 8 worków fasoli i 8 worków kukurydzy i to wystarcza na jakiś tydzień. Setka dzieci, pochodzących z rodzin zagrożonych głodem dostaje po trzy posiłki dziennie. Inaczej po prostu mogłyby umrzeć. Dużymi literami na konto przyjaciół z Polski wpisałabym też: WODA! Studnię próbowaliśmy kopać kilka razy. To był dramat.

Chłopiec do momentu, aż nauczył się chodzić, żył w kurniku. Jadł to, co kury i czasem to, co ktoś mu jeszcze dał. Pewnego dnia coś mu się stało w głowę i kury zaczęły mu tę ranę wydziobywać.

Co na to ludzie? Wszystkim się udaje, a u was klapa.
Na naszym terenie bardzo silne są jeszcze wierzenia w czary i poszła już plotka, że ktoś rzucił klątwę na tę studnię i na pewno to nie wyjdzie. Zaczęliśmy już szukać patronów naszych odwiertów. Św. Rita od spraw beznadziejnych, a nawet Józef Egipski – wpuszczony do studni. Kolejka świętych ustawiła się długa. Św. Orione oczywiście w ścisłej czołówce. Po wielu takich rozczarowaniach i próbach w końcu się udało. Był grudzień 2013. Trudno w ogóle opisać radość. Teraz czekamy na badanie jakości wody.

Misja_Laare09

Na zdjęciach z misji widać dzieci w przeróżnym wieku, od niemowlaków po nastolatków. Jak to wszystko pogodzić?
Ci, którzy dostali się do szkoły średniej z internatem wracają na wakacje i pomagają w misji. Zajmują się młodszymi, dziewczyny przewijają najmłodsze dzieci, chłopaki wypasają bydło, czyszczą obory, pracują przy zbiorach. Ten system pozwala nam wykształcić i wychować do współodpowiedzialności. Tak samo rodzice – jeśli tylko ich stać, opłacają co najmniej jeden semestr, a szkoła pomaga w dwóch kolejnych. Jeśli kogoś w ogóle nie stać na jakiekolwiek opłaty robimy tak, że co sobotę mama przychodzi, by pracować na polu obok naszego domu. Na tym polu rośnie fasola, którą i tak dajemy dzieciom, także mama wie, że tak naprawdę pracuje nie tylko na utrzymanie dziecka w szkole, ale także na jedzenie dla wszystkich swoich dzieci. Pracują zatem, pielą, sadzą i zbierają plony a potem wszystko dzielimy na rodziny. Wszystko po to, żeby czuły odpowiedzialność, żeby się jej trochę uczyły. Największy problem był z najmłodszymi, bo starsze szły do szkoły i tam się najadały, ale w domach zostawały właśnie te najmniejsze. Matka jest wówczas uziemiona. Nie może nawet pójść po wodę, bo na plecach ma jedno dziecko, a drugie tupta obok niej. Coraz częściej przynosiły więc te dzieci rano do nas i na cały dzień szły pracować. Tak powstał kącik malucha, dla dzieci od 0 do 3. lat. Są łóżeczka, zabawki. My zajmujemy się dziećmi, karmimy je i zabawiamy, a matka może szukać pracy. Na pewno jednak nie zrobilibyśmy tego, gdyby nie wolontariusze. W ciągu roku przez naszą placówkę przewinęło się ok. 50 osób, łącznie z ambasadorem Polski.

Dziś Laare to fajny, medialny temat. Prężny ośrodek, uśmiechnięci ludzie. Sukces.
Jeśli już sukces, to w całości proszę go przypisać Opatrzności Bożej, wolontariuszom i Fundacji Czyńmy Dobro. Taka jest prawda. Oni to wszystko rozkręcili. Gdyby nie te anonimowe dziesiątki osób, które przez wiele miesięcy robiły cichą robotę w Polsce, np. adresując po kilkaset kopert do sponsorów, albo że ktoś pomyślał, żeby imiennie podziękować za wszystkie nawet najdrobniejsze darowizny, nic by nie ruszyło. Siedzieliśmy w Laare odcięci od świata, aż tu nagle okazuje się, że Bóg wszystko przewidział, dając nam ogromną pomoc, inspirując ludzi z Fundacji ks. Orione. Mówiąc krótko: ktoś w ukryciu wykonał pracę w Polsce, żeby w Laare czyniło się dobro i było widoczne dla świata.

Ile dzieci mogłoby umrzeć, gdyby nie dobroczyńcy w Polsce?
Jak wspomniałam, zagrożonych śmiercią głodową już na starcie była setka. Bez rodziców, znaleziona gdzieś na ulicach czy po zakamarkach. Bardzo często wracając do misji zatrzymujemy się w punkcie medycznym, w którym nie ma wprawdzie lekarza (najbliższy jest 60 km od nas), lecz pracuje pielęgniarka, która mierzy objętość masy mięśniowej dzieci. Masę tę oznacza się odpowiednim kolorem. Zielony – jest ok, żółty świadczy o zagrożeniu zdrowia, natomiast czerwony oznacza zagrożenie życia. Setka była na czerwonej kresce. Z tym ośrodkiem mamy taki układ, że informują nas od razu, jak tylko pojawia się ktoś zagrożony głodem, albo opuchnięty a nawet siwy – bo nasze dzieciaczki nie mają tych pięknych czarnych kędziorków, lecz białe… z głodu. Takich telefonów mamy dużo. Wówczas karmimy takie dziecko i idziemy zobaczyć co się dzieje w jego domu. Czasem wystarczy uczulić sąsiadów, albo poprosić jakiegoś chrześcijanina o pomoc i ta rodzina powoli staje na nogi. Z tymi chrześcijanami to jest niezły numer. Wokół misji albo świątyni tworzą się małe wspólnoty, które najczęściej składają się z kobiet, które raz w tygodniu spotykają się przy chałupie, siadają na pniakach i czytają Ewangelię, dzielą się doświadczeniem, modlą się razem. W jednym centrum może być ok. 10-15 małych wspólnot, które liczą po 20 osób.

Zagrożonych śmiercią głodową już na starcie była setka. Bez rodziców, znaleziona gdzieś na ulicach i po zakamarkach.

A ile takich wspólnot liczy Laare?
Parafia jest podzielona na jedenaście placówek dojazdowych, takich regionalnych centrów, a każde centrum ma 10-15 wspólnot po 20 rodzin każda.

I jak wyglądają ich „liturgie domowe”?
Spotykają się przy jakiejś chałupie, siadają na pniaczkach i czytają Słowo Boże. Potem dzielą się spontanicznie ze swoim sąsiadem tym co to słowo do nich mówi. Na koniec modlitwa i dzielenie się z całą wspólnotą. To jest niesamowite tym bardziej, że to nie jest jakieś spotkanie towarzyskie, żeby poplotkować, ale naprawdę podtrzymuje tych ludzi przy życiu i daje piękne, konkretne owoce.

Misja_Laare06

A konkretnie jakie?
Dam przykład. Urodziła mama bliźniaki. Sama i bez kropli wody. Nie miała nawet czym ich umyć. Obeschły tak jak się urodziły, ale przeżyły. Oprócz nich w domu była jeszcze trójka starszych, ale matka nie miała jak się ruszyć na zewnątrz. Pewnego dnia jedna z takich wspólnot spotykała się niedaleko i jedna z pań mówi do wszystkich: kochani nie możemy tu siedzieć i mówić „Ojcze nasz”, jak obok w chałupie cierpi kobieta. Cała ta wspólnota poszła do tej matki, pomodlili się i orzekli, że dzisiejszym dzieleniem się Słowem Bożym nie będzie rozmyślanie nad Ewangelią, ale każda pójdzie do domu po coś do jedzenia. Ktoś przyniósł wodę, inna przyniosła ugotowaną fasolę, jeszcze ktoś trzcinę cukrową. Tego dnia była wielka uczta i radość w tym domu. Ale na tym nie koniec. Przez kolejne trzy tygodnie opiekowały się na zmianę tym domem. Przynosiły jedzenie, myły dzieci itd. Potem wszystkie te dzieciaki trafiły do naszej misji i są tu do dziś. Starsze chodzą też do szkoły. Gdyby nie ta mała wspólnota, doszłoby do tragedii, a tak stało się dobro, które będzie owocować.

Wasza diecezja ma dopiero 100 lat. Przypominają się czasy pierwszych chrześcijan.
Gdy wszystko się zaczynało do Laare docierali tylko świeccy katechiści. Jednym z pierwszych był John Baptista. On głosił Ewangelię, chrzcił, przygotowywał ludzi do sakramentów, uczył modlitwy. 80% starszych osób w Laare jest ochrzczonych właśnie przez niego. Gdy przybyliśmy do Laare powiedziano nam o nim i dziś myślę o nim jak o Symeonie. Już przy pierwszym naszym spotkaniu powiedział, że modlił się do Boga tylko o jedno: żeby nie umarł, aż siostry zakonne dotrą do misji. Miałam marzenie, żeby spisać jego historię. Żył w glinianej chacie, jakich tutaj mamy pod dostatkiem. Był ochrzczony i otrzymał nauki od misjonarzy, po czym został wyznaczony na katechistę. Pokonywał ogromne odległości i zakładał wspólnoty chrześcijańskie. Przechodził po 60-70 km, żeby spotkać się z jakimkolwiek księdzem katolickim, utrzymać kontakt z Kościołem katolickim i wracał. Za wyznawanie Chrystusa został też wykastrowany. Pamiętam to pierwsze spotkanie bardzo dobrze. Miał prawie 100 lat. Gdy dotknął mnie i zapytał skąd jestem i usłyszał, że jestem z Polski, od razu odpowiedział: „Tam urodził się papież, który wiarą w Boga pokonał komunizm”. Powiedział to człowiek żyjący na krańcu świata, poza cywilizacją, poza zasięgiem telewizji i gazet a jednak miał takie głębokie przekonanie czego dokonał Jan Paweł II. Tego dnia na jego podwórku ksiądz proboszcz odprawił Mszę Św. a kilka dni potem, odwieźliśmy go do szpitala. Wrócił jeszcze na chwilę do domu i umarł trzy miesiące później. Jestem pewna, że on wymodlił naszą obecność. John Baptista. Symeon z Laare.

Z tymi chrześcijanami to jest niezły numer. Wokół misji albo świątyni tworzą się małe wspólnoty, które najczęściej składają się z kobiet, które raz w tygodniu spotykają się przy chałupie, siadają na pniakach i czytają Ewangelię, dzielą się doświadczeniem, modlą się razem.

5 lat temu w Laare stała mała drewniana kapliczka św. Orione. Dziś w jej miejscu jest już murowany kościół z kamieni. Znalazł się sponsor?
Ludzie sami chcieli go zbudować i dopięli swego. Wcale nie w jakimś jednorazowym porywie. Już mówiłam o tej wielkiej procesji z monstrancją, ale teraz przypomina mi się coś bardzo wzruszającego. Podczas jednej z liturgii nasi podopieczni od jednej z sióstr usłyszeli następujące zawołanie: „kochani, nie jesteście ubodzy, ponieważ spośród tysięcy biedaczków żyjących na sawannie Bóg was wybrał, odnalazł was. Gdzieś daleko w Polsce są rodziny adopcyjne, które myślą o was i dzięki którym nie żyjecie w nędzy, nie jesteście głodne, macie gdzie się uczyć”. To wezwanie zrobiło na nich ogromne wrażenie. Dla mieszkańców Laare to naprawdę prawdziwy przełom: nie jestem głodny, nie jestem sam. Siostry zachęcały zatem te dzieci z misji, żeby poczuły się bogaczami i podzieliły się tym, co mają z innymi. Siostry wspominały potem ze wzruszeniem, że w procesji z darami podczas uroczystości oriońskich 16 maja stali nasi ubodzy i każdy coś miał. 700 dzieci z rodzicami. Ktoś przyniósł jedno jajko, ktoś kawałek trzciny cukrowej, inny kawałek słodkiego ziemniaka, garść ryżu, garść fasoli. To wszystko zostało złożone przed ołtarzem. I tak naprawdę na koniec Mszy Świętej najbardziej wzruszył się ksiądz, który powiedział, że z tego wszystkiego, co przynieśli ci najbiedniejsi można będzie nakarmić jeszcze setki kolejnych dzieci, które dzięki tej procesji nie umrą z głodu. Co warte podkreślenia – o tej procesji z darami wiedzieli tylko ci nasi najubożsi, których obejmuje misja. Ta wdzięczność, którą mają jest niezwykła.

Zauważyłem, że gdy siostra odwiedza szkoły w Polsce i opowiada o życiu w Afryce, tym co najbardziej porusza słuchaczy jest informacja, że dzieci w Laare ostatni raz chleb jadły… pół roku temu, w święta. Chleb jest u was rarytasem?
Na śluby wieczyste jednej z naszych sióstr zabraliśmy do centrum miasta pięćdziesiątkę dzieci. Wyprawa trwała dwa dni. Zajechaliśmy do supermarketu, który poziomem nie różni się od marketów znanych w Polsce. Daliśmy każdemu dziecku trochę pieniędzy, żeby kupiło sobie co tylko chce. 80% kupiło chleb dla mamy. Zastanawiałam się jak to jest – dlaczego tylko chleb. Jeden z dzieciaków odpowiedział mi: „siostro, a czym ja się bardziej mogę podzielić, niż chlebem?”. Ciekawe, że na te zakupy pojechały bardzo najedzone, bo po ślubach był uroczysty posiłek. Myślałam, że kupią sobie coś słodkiego. Ta wyprawa do sklepu nie była zatem po to, żeby zaspokoić pierwszy głód. Najedzone po uszy myślały jednak o domu, o tym, że w domu ktoś jest teraz głodny. To było piękne.

Misja_Laare

Jak w tym kontekście brzmi dla nich to co głosicie, że Chrystus przychodzi pod postacią chleba?
Dzieciaki afrykańskie odbierają tę prawdę bardzo prosto. Po pierwsze fakt, że jest dostępny dla wszystkich – najbiedniejsi czują, że to jest niezwykły dar. A do tego wiedzą, że chleb to rodzaj fundamentalnego pożywienia. Po drugie – niczym, jak chlebem nie da się tak pięknie podzielić. To powiedział mi siedmiolatek. Czy to nie jest treść teologii eucharystycznej? Ileż te dzieci mają prostej mądrości. Pewna 14-letnia dziewczyna o imieniu Frida zrobiła mi np. katechezę o sensie cierpienia. Jej rodzice zmarli na AIDS. Pewnego dnia przychodzi i mówi: „siostro, ja rozumiem teraz dlaczego ja cierpię”. „Jak to?” – pytam zaskoczona. Od razu przeleciało mi przed oczami jej życie. Spotkało ją tyle zła! Po śmierci rodziców zostało ich w domu sześcioro, nie mieli nikogo, sąsiedzi rozkradli wszystko, a dzieci zostały bez dachu nad głową. Nie mieli nawet jednego garnka. Najmłodsze dziecko miało kilka miesięcy, a najstarsze 14 lat. To ostatnie zajmowało się całą gromadką. Nacierpieli się nie do wyobrażenia. Frida powiedziała mi wówczas: „dlatego cierpię, żeby ktoś otrzymał zbawienie. Siostro, ten ktoś w Polsce, kto mnie pokochał i moje rodzeństwo i wspiera nas, prawdopodobnie nie miałby takiej możliwości, gdyby Chrystus nie cierpiał we mnie. Więc Jezus powie mu kiedyś: byłem głodny a daliście mi jeść, byłem spragniony a daliście mi pić”. Stałam zszokowana.

Ziarno wydało plon?
Zaskakujący. Taką katechezę tu dostają. Ktoś ostatnio powiedział: „ludzie w Polsce nas nie znają, ale wierzą w tego samego Jezusa Chrystusa i okazują Mu miłość, pomagając Laare. Dzisiaj Jezus dopuszcza, żebyśmy tu wszyscy cierpieli, ale to ma głębszy sens. Raz, że On cierpi ze mną, dwa, że czuję się kochana, a po trzecie – przez jeden gest miłosierdzia ktoś zostanie zbawiony. Prawdopodobnie zobaczymy się dopiero w niebie i dopiero tam poznamy ścieżki bożego miłosierdzia. Razem”. Pomyślałam, że Frida myśli o cierpieniu o wiele głębiej ode mnie. Ludzie na całym świecie pytają „po co to cierpienie?”. Ja też.

Jak się słyszy te historie to pytanie nasuwa się przecież samo. Trudno ot tak na nie odpowiedzieć.
Dla kogoś, kto ma oczy wiary, odpowiedź jest prosta. Nie da się zatrzymać zła. Bóg dał nam wolność i tego zła robimy strasznie dużo. Nieuczciwość, wykorzystywanie, kłamstwa, głód, wojny… to wszystko nie jest wolą Boga. On dopuszcza zło, ale staje po stronie cierpiących i w nich sam cierpi i w ten sposób zbawia świat. To nie jest matematyka na poziomie szkoły podstawowej. To wykracza poza nasze możliwości rozumienia. Poprzez cierpienie, w łączności z Jego krzyżem (bo bez krzyża żadne cierpienie nie miałoby sensu) Chrystus wskazuje nam zmartwychwstanie i ratuje wszystkich, którzy dotkną tej tajemnicy krzyża.

Pokonywał ogromne odległości i zakładał wspólnoty chrześcijańskie. Przechodził po 60-70 km, żeby spotkać się z jakimkolwiek księdzem. Za wyznawanie Chrystusa został też wykastrowany. Jestem pewna, że on wymodlił naszą obecność. John Baptista. Symeon z Laare.

Misja_Laare07

Jak można dotknąć krzyża?
Np. poprzez uczynek miłosierdzia, ale też poprzez poznanie historii tych naszych biednych dzieciaków. Ktoś ostatnio mnie zaczepił mówiąc: „siostro, moje myślenie o życiu zmieniło się diametralnie. Zaczynam odkrywać, że moje cierpienia też mają sens a fakt, że mogę komuś pomóc jest jednocześnie wskazówką jak wejść w intymną relację z Chrystusem i pójść do nieba”. Jeden gest wobec ubogich, dla ludzi może niewielki, dla Chrystusa jest na wagę zbawienia.

Czyli biedni to ostatnia deska ratunku dla tych, którym nic lub prawie nic nie brakuje.
Ks. Orione mówił, że tylko miłość zbawi świat. Taki gest miłości, prosty uczynek miłosierdzia, to droga zbawienia. Pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości, jak mówi św. Jan.

Robi siostra dużo dobrego, biega w habicie i uśmiecha się od ucha do ucha. Jak to się ma do definicji Kościoła, który w dużym skrócie jest gromadą grzeszników.
O kochany, jak najbardziej się do tej grupy się zaliczam. Mam swój oścień dla ciała, który mnie policzkuje codziennie. Mówił pan kilka razy o sukcesie misji. To sukces bożego miłosierdzia. Wiem, że niczego bym sama nie zrobiła. Ja i moje grzechy! Nie odczuwam samozadowolenia, a jedynie radość, że mogę być świadkiem cudów, które Bóg czyni, że jestem w miejscu, gdzie dzieją się rzeczy boże, święte, pełne miłości. Patrzę na piękno Kościoła katolickiego, w jego misji, w jego członkach, wolontariuszach, siostrach, idąc do najuboższych. Pięć lat temu nie było misji i wiem, że niczego dobrego sama bym nie zrobiła. Początki mam cały czas przed oczami: nie miałam nic, brakowało na jedzenie. Totalna bezradność. Przychodziły do mnie osoby, którym dzieci umierały z głodu na rękach, a ja nie miałam jak ich uratować. Nie miałam ani na leki przeciw malarii, ani nawet pół kilo cukru, żeby posłodzić dzieciom coś do picia. Dzieci umierały, a ja byłam bezradna.

Co wówczas siostra myślała o Bogu?
Wierzyłam w Jego Opatrzność, że na pewno coś przewidział, choć nie było żadnej nadziei na lepsze, bo to był ogrom cierpienia i morze potrzeb. Nawet nie marzyłam o żadnej fundacji, czy jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Myślałam, że coś trzeba będzie powoli rozwijać, jakąś piekarnię. A Bóg pociągnął sprawę. Wiele dzieciaków przeżyło tylko dlatego, że dziwnym trafem dotarli do nich wolontariusze.

Po śmierci rodziców zostało ich w domu sześcioro, nie mieli nikogo, sąsiedzi rozkradli wszystko, a dzieci zostały bez dachu nad głową. Nie mieli nawet jednego garnka. A ta dziewczynka mi mówi, że rozumie dlaczego cierpi!

Misja_Laare08

No właśnie – wolontariusze też ewangelizują?
Ciekawa rzecz, bo wolontariusze najczęściej przyciągają ludzi, choć na co dzień po prostu karmią dzieci, pomagają w budowach, w leczeniu, nauce i niezliczonej liczbie czynności. Ale ludzie ich widzą i z wdzięczności, a czasem z ciekawości przychodzą do kościoła. Tu zaczyna się nasza rola. Rola osób konsekrowanych. Głoszenie słowa, ale też pokazywanie charyzmatu, jedności, radosnego przeżywania wiary. Dla ludzi to jest dziwne: skąd się wzięła taka wspólnota sióstr, kim one są. Ludzie przychodzą pytać się dlaczego przyjechałyśmy, po co jesteśmy siostrami, itd. To są piękne preteksty do ewangelizacji.

Jakie słowo z Pisma św. dźwięczy siostrze najbardziej w uszach?
Każdy dzień jest inny i na każdy dzień słowo daje życie na nowo. Każdego dnia, pochylając się nad Ewangelią, znajdę fragment, który pomoże mi przeżyć dziś i to „dziś” liczy się najbardziej. „Jutro zatroszczy się o siebie”. Gdybym miała spojrzeć szerzej, to przychodzi mi na myśl fakt, że każdy dzień jest zaproszeniem Jezusa, żeby „wypłynąć na głębię”. Proszę sobie wyobrazić, że jadąc do Afryki nie znałam ani jednego słowa po angielsku i przez długi czas nie znałam ani jednego słowa w języku plemiennym, a często trzeba tu poruszać się samemu, więc każde wyjście w zasadzie było takim wypłynięciem na głębię. Kiedyś siostra prowincjalna powiedziała w kontekście tej ewangelii: „albo nauczysz się pływać w morzu miłości, albo utoniesz w morzu zwątpienia”. Innej opcji nie ma. Codzienne słowo to ratunek. Każda chwila zatrzymania jest okazją do tego, by z tym słowem przebywać.

I nigdy siostra nie lamentowała?
Pamięta pan, jak Jezus zapytał Marię Magdalenę „niewiasto czemu płaczesz”? No właśnie. O rany! Ile razy rozpaczam nad czymś o czym Bóg dawno pomyślał.

A co Słowo Boże mówi siostrze o głodzie, zwątpieniu i śmierci, które siostrę otaczają?
W jedną z niedziel była taka ewangelia, o tym, że Jezus dotknął się mar umarłego człowieka. To jest doświadczenie mojej misji. Sama byłabym tą wdową, która rozpacza nad umarłym synem. Mary dramatu głodu, braku wody, czy braku dostępu do edukacji to taka beznadzieja dnia codziennego. I tylko dlatego, że ktoś ze mną niesie te mary, wszyscy spotykamy Jezusa Chrystusa. Ja włączam się w orszak żałobny, towarzyszę tym codziennym cierpieniom bo wiem, że Chrystus zawsze dotyka się mar naszego życia – nie gorszy się niczym i włącza się w nasze cierpienie całym Sobą. A być z Nim jest sensem chrześcijaństwa. Gdyby ta kobieta została w domu, rozpaczając nad umarłym synem, nikt nie włączyłby się w tę jej drogę i jej wioska nie zauważyłaby Jezusa. To jest cud obecności drugiej osoby w codziennych dramatach. Nie jestem sama. Tyle osób nam pomaga. Tyle osób. Jedni adresują koperty, inni odwiedzają misję, jeszcze inni wymadlają dla nas kolejne cuda.

Co na to wszystko ks. Orione?
Nasz Założyciel powiedział kiedyś: „chcę być ukryty w sercu ukrzyżowanego, ale chcę iść przez place i ulice z ogniem miłości”. To mi towarzyszyło od wstąpienia do Zgromadzenia. Ten cytat miałam na obrazku z pierwszych ślubów wieczystych i z tą myślą pojechałam do Kenii. Sama nic nie mogę. Z jednej strony chcę być zatem ukryta w sercu ukrzyżowanego, co jest podstawą naszego życia (takie zawierzenie Jego miłości, bo to On działa), ale mam też w sobie takie pragnienie, by doświadczając miłości Chrystusa po prostu iść na place i ulice z ogniem miłości.

Misja_Laare05

Pewnie stąd bierze się ten uśmiech i entuzjazm?
Tej miłość doświadczyłam tak wiele. W domu, w Zgromadzeniu, w Kenii. Nie ma innej opcji, jak dzielić się tą miłością, bo jej jest tak dużo, że się po prostu wylewa. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.

Gdy do Kenii trafia Europejczyk z dużego miasta, wykształcony, ułożony, co taka misja weryfikuje w pierwszej kolejności?
Dobrze by było zapytać o to wolontariuszy. Myślę, że pierwsze zderzenie dotyczy zależności od dóbr materialnych. Wolontariuszki opowiadają, np. że przez trzy tygodnie nie myślały o makijażu. „nie miałam na niego czasu. W Polsce nie wyjdę z domu dopóki go nie zrobię, a w Laare nie było w ogóle myśli, że muszę go zrobić”. Druga rzecz: telefon komórkowy. Przez tydzień nie ma prądu, nie ma zasięgu, telefon przestaje istnieć. Da się bez niego żyć. Nie ma czasu, żeby obejrzeć film, nawet najpiękniejszy. Dostałam taki w prezencie, ale przez miesiąc codziennie mówiłyśmy sobie, że jutro już go obejrzymy, bo warto. Nie było czasu i jakoś< szczerze mówiąc, więcej piękna widzi się w spotkaniu żywego człowieka i w czynieniu dobra, niż w relaksie. Wolność od dóbr materialnych, ulubionych potraw i w ogóle od regularnego jedzenia, nie wspominając o obiedzie. Są też dobra intelektualne, wobec których można być wolnym. Jednym z takich dóbr jest, np. znajomość języka. W Laare doświadczyłam, że Bóg przełamał tę barierę: mogę rozmawiać nie przejmując się jak śmiesznie brzmi mój suahili albo angielski. Najważniejszy jest język serca. Nasze dzieciaki nie znają angielskiego, ale doskonale wyczuwają miłość i naturalność. Między sobą nawijają w swoim plemiennym, a z wolontariuszami momentalnie nawiązują kontakt, jeśli tylko czują się kochane. Blokady w stylu „jak wypadnę?”, „co pomyślą?” po prostu znikają.

Nie miałam ani na leki, ani nawet pół kilo cukru, żeby posłodzić dzieciom coś do picia. Dzieci umierały, a ja byłam bezradna. Przypomniałam sobie słowa siostry prowincjalnej: „albo nauczysz się pływać w morzu miłości, albo utoniesz w morzu zwątpienia”. Innej opcji nie ma.

Siostra pojechała na misję aż do Kenii, lecz misjonarze, którzy wracają z Afryki z niedowierzaniem przecierają oczy, ponieważ widzą, że Europa jest tak samo terenem na misje, jak Afryka. Może i Europejczycy mają wszystko, ale czuje się olbrzymi głód Boga. Zanikają parafie, zamykane kościoły, coraz mniej miejsc z żywym świadectwem miłości Boga, coraz więcej ludzi żyjących w duchowej nędzy, choć pod krawatem lub w eleganckiej garsonce. Za parę lat zadzwonią do siostry z prośbą, żeby wróciła i zakładała misję w Warszawie.
Mam taką świadomość. Na jednym z nabożeństw w Polsce naliczyłam trzy osoby. W Kenii nigdy czegoś takiego nie widziałam. U nas rano na 6.30 przychodzi tłum. Codziennie. Mała wiejska parafia. My mamy warunki misyjne. Wy macie misje. Warunki misyjne, bo nie ma kapłanów, bo nie mamy ławek w kościele, a do samego kościoła trzeba iść 30 km. To są warunki misyjne. A misja, czyli głoszenie Ewangelii w zdechrystianizowanej rzeczywistości jest w Europie a nawet w Polsce. Laare jest bogate autentycznością wiary. U nas nie ma 45-min. Mszy. W niedzielę, jak zaczynamy o 9., to kończymy najwcześniej o 12. a czasem nawet o 15. i na tym nie koniec. Ludzie wiedzą, że za dwie godziny jest adoracja, więc siadają przed kościołem na trawie, jedzą co mają i wracają przed najświętszy sakrament i tak aż do 18. Nie ma nic ważniejszego w niedzielę.

W Polsce wystarczy chwilę przedłużyć ogłoszenia i już drzwi wyjściowe się nie zamykają.
W Laare nie ma pojęcia czasu, jaki znamy w Polsce. Nie mówimy np., że się ktoś spóźni, lecz że po prostu dojdzie. Jest takie afrykańskie przysłowie, które mówi, że „wy macie zegarki, ale my mamy czas”. To jest właśnie wolność. Nie śpieszyć się nigdzie, tylko trwać przed Chrystusem, być razem. Liturgia trwa długo, bo jest czas na taniec, śpiewy, niezwykłą procesję z darami, podczas której każdy coś niesie, każdego błogosławi ksiądz, z każdym wymienia uścisk dłoni. Jest taniec na wejście, jest taniec na ofiarowanie, na dziękczynienie, na zakończenie.

Tak to sobie siostra kiedyś wyobrażała?
Nie miałam wyobrażeń, ale olbrzymie pragnienie „wyjścia ze swojej ziemi”. Pierwsze pojawiło się u mnie powołanie misyjne, a dopiero później zakonne. Byłam pewna, że wyjadę na misje i że tam mnie woła Bóg, ale myślałam, że wyjadę jako świecka misjonarka – sama lub z rodziną.

Mocno trzymała siostrę ziemia, z której siostra pochodzi? Chłopaki, zakochania…
Byłam kilka razy zakochana, ale nigdy zawiedziona. W tej kwestii miałam jasność. Trudno było jednak wyruszyć dalej, głównie przez brak zgody mojego ojca. Uważał, że jestem za młoda na taką decyzję. Namawiał, żebym skończyła studia i chyba nie przypuszczał, że tak pięknie się to wszystko potoczy. Ale chciałam być posłuszna. Jadąc do Warszawy do sióstr orionistek planowałam, że będę u nich mieszkać, przyglądając się ich życiu, ale na co dzień będę po prostu studiować. Siostra generalna się na to zgodziła i tak się zaczęło. Dlaczego orionistki? A kto ma piękniejszy charyzmat od ks. Orione?

No dobrze, dobrze, ale wcześniej siostra nie znała św. Alojzego Orione. Dlaczego orionistki?
Jeśli nie wierzyłabym w Opatrzność Bożą, musiałabym powiedzieć, że to wszystko był przypadek. Utrzymywałam bardzo dużo kontaktów z siostrami werbistkami, tłumacząc sobie, że to jest zakon misyjny a dodatkowo każda siostra przy ślubach wieczystych dostaje dekret o wyjeździe na misje. Ułożyło mi się to ładnie w logiczną całość i pasowało do mojego planu. I tu pojawiają się te „niby przypadki”. Jadąc na jakąś pielgrzymkę spotkałam dwie siostry orionistki, które zaprosiły mnie na rekolekcje. Tam pojawił się wielki dylemat: ciągnie mnie do tego zakonu, ale nie mniej ciągnie na misje. Co robić? Szczera rozmowa pomogła: „jeśli to powołanie misyjne jest od Boga, wyjedziesz na misje na pewno” – usłyszałam.

Bóg przełamał tę barierę: mogę rozmawiać nie przejmując się jak śmiesznie brzmi mój suahili albo angielski. Najważniejszy jest język serca. Blokady w stylu „jak wypadnę?”, „co pomyślą?” po prostu znikają.

Ideał: żadnych kryzysów, żadnego zwątpienia. Normalnie pozazdrościć.
S. Alicja: Nie nazywałabym tego ideałem. To prostu łaska, dzięki której czuję się spełniona. Łaska, która towarzyszyła od pierwszego dnia, gdy poczułam powołanie misyjne, a potem, gdy już wstąpiłam do zakonu, towarzyszyła mi w cierpliwym proszeniu o wyjazd aż po śluby. Gdy zerknęłam na wszystkie moje podania, uświadomiłam sobie jak ta łaska była przez lata niezmienna. Bóg jest wierny.

Czasem jednak myślimy o misjach właśnie tak: Afryka czy Indie to misje, a tutaj to tylko szara polska rzeczywistość. Tam przynajmniej coś się dzieje.
S. Alicja: Dziwny punkt widzenia. Misją może być wszystko. Ja akurat jestem w Afryce, ale nie jest to żadne wyróżnienie, żadne „coś lepszego”. Są siostry, które nigdy nie zająknęły się na temat misji, ale całe serce zostawiają przy łóżku chorego. Czy one nie są misjonarkami miłości?

Dziękuję za rozmowę.

Misja_Laare22





Poprzedni artykuł
Cisza, która boli…
Następny artykuł
Bezdomni bracia znów stracili dom






Warning: simplexml_load_string(): Entity: line 1: parser error : Start tag expected, '<' not found in /wp-content/plugins/sosoft-soslider/handlers/facebook/init.php on line 272

Warning: simplexml_load_string(): Not Found <br /><a href="http://www.facebook.com/">Back to Facebook.</a> in /wp-content/plugins/sosoft-soslider/handlers/facebook/init.php on line 272

Warning: simplexml_load_string(): ^ in /wp-content/plugins/sosoft-soslider/handlers/facebook/init.php on line 272

Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /wp-content/plugins/sosoft-soslider/handlers/facebook/init.php on line 273